Dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma rzekami, w bloku pośród zatłoczonych uliczek duńskiego Vejle mieszkała mała dziewczynka. Codziennie wczytywała się w grube tomiszcza i wpatrywała w gwiazdy, myśląc o przyszłości, w której żaden brzydki chłopiec nie będzie się z niej wyśmiewał, a żadna niemiła dziewczynka nie powie jej, że wygląda jak pomidor. Zawsze się odizolowywała, zawsze. Nie wiedziała, dlaczego tak było; po prostu nigdy nie potrafiła dogadać się z żadnym z rówieśników. Jej jedynym przyjacielem i powiernikiem wszystkich tajemnic, który potrafił ją przytulić i pocieszyć, wysłuchać i zaakceptować, był jej brat, Maximilian. Nawet rodzice nie umieli do końca zrozumieć, jakim sposobem myśli ich córeczka i czemu zawsze ma do nich pretensje. Jakby nie wystarczało, że pokarali ją beznadziejnym imieniem, a ojciec zostawił jej w spadku te okropne rude włosy, to oni dodatkowo ciągle oczekiwali po niej, że się zmieni, że się dostosuje i będzie robiła to, czego oni chcą. A ona nie potrafiła; chociaż zdecydowanie nie była ani trochę dorosła, zamierzała sama o sobie decydować. A niestety w ich rodzinie było to nie do zaakceptowania. Często wypłakiwała się w poduszkę i zwierzała bratu, który zawsze uśmiechnął się i znalazł jakieś rozwiązanie. Pomógł jej wyjść z przytłaczającej samotności i wprowadził ją do swojego towarzystwa, czyli do tych okropnych starszych rozrabiaków z osiedla, jak to z odrazą określały ich sąsiadki. I wtedy Inge przekonała się, jak płytcy bywają ludzie; to, że ktoś nosi się może niechlujnie, nie znaczy wcale, że jest złym człowiekiem, przyjaciele brata byli najlepszym tego przykładem. Kiedy miała więc jakieś jedenaście lat, uznali ją za beznadziejny przypadek chłopczycy, której nie spotka nic lepszego niż szlugi i dragi. Wszyscy wokół postawili na niej krzyżyk, chyba nawet rodzice. Ale brat ciągle trwał przy niej.
Do czasu.
Kiedy miała piętnaście lat, strasznie pokłóciła się z rodzicami. Wybiegła wtedy z domu, a po jej policzkach ciekły łzy gniewu. Nie patrzyła przed siebie, chciała po prostu oddalić się od tych okropnych ludzi, którzy ciągle podcinali jej skrzydła, nie zostawiali na niej suchej nitki i nie pozwalali nawet marzyć. Max wybiegł za nią, krzyczał coś, ale ona nie zwracała uwagi, złość przyćmiewała jej słuch. Chyba wybiegła na jezdnię, potem została gwałtownie popchnięta. Upadła na kolana, szybko podniosła się i odwróciła, chcąc nawrzeszczeć na brata. Wtedy dopiero zaczęła żałować.
Lekarze głosili jednogłośnie, że bez kosztownej operacji Maximilian Hjort nigdy więcej nie stanie samodzielnie na nogach. Inge zapadła na ciężką depresję i dwa razy próbowała się zabić, za pierwszym razem najlepszy kolega brata pomógł jej się otrząsnąć, za drugim był to nieznajomy człowiek, któremu nawet nie zdążyła podziękować.
Postanowiła, że wyjedzie do Kopenhagi i za wszelką cenę uzbiera na zabieg, który był ostatnią nadzieją Maxa. Nie mogła już patrzeć na pełne wyrzutów spojrzenia rodziców ani słuchać zapewnień brata, że to nie jej wina, a on niczego nie żałuje i zrobiłby to samo po raz kolejny.
Czasem go odwiedza, przywozi mu wtedy ogromny bukiet gerber, jego ulubionych kwiatów, i wielki kosz słodyczy, które również ubóstwia. Przesiadywał u niego cały dzień i próbowała zrozumieć, jakim cudem jej nie znienawidził. Jak udaje mu się nadal kochać swoją małą siostrzyczkę.