Ciało śmierdzi
Ja nie jestem malarzem
Umiem tylko kopnąć w brzuch
Na ulicy gonią psy
Hycle
Obdzierają mnie ze skóry
Zeno Steinmetz, 27
Niemiec, diler
Jest psem niszczycielem. Pogryzie
kości. Wydrapie oczy. I warczy. I piana toczy się z ust. A oczy szeroko otwarte
i grzbiet najeżony. Pazury ostre, nieprzypiłowane. Wścieklizna jak permanentny
kaszel. Przekleństwo za przekleństwem w niebezpiecznej mantrze wymawianej
półszeptem. W głowie furia wpada w paranoję i męczy, rośnie, wybucha. Jak
granat bez zawleczki, rozrywa cudze ciała, samemu również gubiąc organy w
każdej bramie. Niespokojnie czatując pod całodobowymi sklepami, wypełnia
wnętrza papierosowym dymem i brudzi czyjeś wycieraczki bosymi stopami.
Wygwizduje melodie nazistowskich marszów niemieckich, zdziera skórę z knykci
wbijając je w napotkane mury, drzwi, kręgosłupy. Wartkie prądy nienawiści,
kabel wokół szyi i trzy kreski, migające światła, cholerna bezsenność. Wiecznie
nieposkromiony apetyt na podbite oczy i krwawiące wargi wzrasta wraz z
pragnieniem kolejnego litra wódki. Szczytuje w ciasności, upaja w ciemności,
ginie w złości. Celuje w słabych, silnych i pośrednich, wysysa życie z kolan jak
posokę, pragnąc smakować szpiku do szpiku kości. Rozrasta się jak trąd,
pozostawia stygmaty w kształcie swastyk i pierze własne brudy w publicznych toaletach.
Sto siedemdziesiąt siedem centymetrów wybujałego ego, szkodliwej substancji,
cyjanku w jednym trzydzieści sześć i sześć. Rzetelnie pieszczone wnętrzności
kubkami mocnej kawy, chorujące na wieczną potrzebę wypluwania wątroby i żółci. Doświadczony
w niebyciu, nieistnieniu, zapomnieniu, harmidrze i szale. Rzuca się w wir
złośliwości; bycie hieną ma wpisane w życiorys zaraz obok stałego już braku
zatrudnienia. Rycerz w zardzewiałej zbroi, wąchający benzynę, pięknie
przebrzydły i przeterminowany. Poleganie na tym, co nieograniczone, na wolności
naciągniętej jak struny gitary, na wieczornym, porannym, dziennym papierosie.
Ochoczo stawia kroki w kierunku samozniszczenia z powodu przedawkowania gniewu.
Agresję wynajduję pod każdym śmietnikiem i pielęgnuje ją połączeniem taniego
piwa i pogoni za serową pizzą o trzeciej w nocy na obrzeżach miasta. Mieszka w
kokonie, gdzie jest królową matką, a rój dziko goni za jego paskudnie niewinnym
uśmiechem.
Wojaczek w tytule.
Zeno zły i gryzie.

[Witaj tą nocną porą. Wojaczek zawsze fajny.]
OdpowiedzUsuńDoris
[Czy tak jak Zeno masz sadystyczne ciągotki?
OdpowiedzUsuńAle kartę to masz fajną. I Wojaczka też masz. I jestem taka niewyspana oraz głupia, że piszę Ci ten komentarz.]
Hanne T.
[Okeeeej, przyznaję, że karta jest... inna. Niesamowita, bo w prostych zdaniach stworzono... potwora. Tak właśnie odbieram Twojego Niemca. Nie wiem, czy chciałabym kogoś takiego spotkać na ulicy. Do Krisa Cię nie zaproszę, bo wątków męsko-męskich nie umiem, ale niebawem pojawi się zapewne moja pani, to może wtedy uda nam się coś wykombinować.
OdpowiedzUsuńWitam i życzę udanego pobytu!]
Krister
[Szkoda, że Zeno by mógł za bardzo takiego słodkiego chłopca uszkodzić.]
OdpowiedzUsuńHanne T.
[Dzień, bez dobry bo boli mnie głowa. Chyba nie ma dwóch Mesjaszów w sferze blogów grupowych, które są do odnalezienia w Spisowniku, więc... Cesarego lubiłam, a ten mnie niepokoi. Chce miec coś wspólnego z Mimir? ]
OdpowiedzUsuń/Mimir Carlsen
[Cześć!
OdpowiedzUsuńA dziękuję!
Skoro już tu jestem, to powiem, że interesująca karta. I że bym chciała wątek, ale nie umiem myśleć. Więc bym prosiła o pomoc. :<]
Ragnar
[Zapomnij lepiej o tamtym wątku. Nie wiem, czy nie zrezygnuję z Lottie na jakiś czas. Za dużo cpunów w blogosferze, przynajmniej takich jak Delacroix. Zgaduję, że jest homoseksualny; mąż Mimir był bardzo otwarty, więc... Kiedyś mogli się lubic. Myśląc, że Arthur nadal żyje, mógłby złożyc mu wizytę w mieszkaniu. Ewentualnie był dilerem Arthura, bo Mimir jednak trochę się pilnuje] / Mimir Carlsen
OdpowiedzUsuń[Jeśli mam zacząc, to najszybciej jutro. Dzisiaj nie jestem w stanie się na tyle skoncentrowac.] Mimir Carlsen
OdpowiedzUsuń[A dziękuję, że mogę! Nawet się postaram coś wymyślić. :) Wrażenie mam takie, że są kompletnie różni. Może coś ich tam łączy, ale co? Elsa na pewno wyciągnęłaby do niego pomocą dłoń, gdyby tej pomocnej dłoni potrzebował ─ może ktoś go kiedyś pobił, natknął się na nią, a ona nie znosząc odmowy ze strony innych osób, zrobiła, co w jej mocy, aby ulżyć mu w bólu, etc.? Nie wiem, czy w jego stylu byłoby szukanie pomocy u niej w podobnych sytuacjach.]
OdpowiedzUsuńElsa
[gdzieś przeczytałam, że wolisz wątki męsko-męskie, wobec tego się nie narzucam, ale kartę pochwalić muszę, bo na takie się czeka, takie się czyta wielokrotnie i nad takimi się zachwyca, przynajmniej w moim przypadku.]
OdpowiedzUsuńTove.
[Nie nazwałabym go kochaniutkim. Ale że różnią się z Zeno to się zgodzę, co on taki agresywny? :<]
OdpowiedzUsuńSven
[o jeju, a więc to ty. zawsze chciałam mieć z tobą wątek, ale nigdy nie miałam odwagi, żeby o niego spytać, ekhem. dziękuję bardzo za komplement. stety niestety Tove powstała na kanwie tegoż powiązania umówionego z jedną z autorek, więc facet z ulicy jest niedostępny, a ja o ile mogę uważać się za specjalistkę w dramach, bo właściwie nic innego nie piszę, o tyle wyrzuciłam z siebie tyle pomysłów, że jakichś naprawdę dobrych kurde brak. chyba, że podłapiemy wdzięczność Zeno i podczepimy to do innej sytuacji, bo on równa się niebezpieczeństwu, a jej już nic gorszego w teorii stać się nie może, więc nawet nie stara się powstrzymywać ciągotów do skrajnych ludzi i sytuacji. pierwsze, co przychodzi mi na myśl to owa serowa pizza leżąca co czwartek z boku sklepu, przy którym zwykł sprzedawać dragi, czynność powtarzana zbyt długo, by być przypadkową, acz w pełni altruistyczna (w samym wątku mógłby przyłapać ją na gorącym uczynku, a daję głowę, że nie byłby zadowolony ze świadomości bycia dokarmianym przez nieznajomą) albo on kompletnie zaćpany/zarzygany/nieprzytomny/ekstremalnie poturbowany znaleziony przez nią na ulicy, budzi się pod puchatym kocykiem w mieszkaniu Tove ze śniadaniem, opatrzonym każdym skrawkiem ciała i wypranymi ciuchami przy łóżku. mógłby wymknąć się niezauważony od razu po przebudzeniu, zjeść, ubrać się, bąknąć cokolwiek i wyjść w miarę uprzejmie albo przy okazji ukraść trochę kasy, biżuterię, co tylko mu się podoba. w sumie im bardziej nam wyjdzie niezręcznie, tym dla mnie lepiej. myślisz, że da się coś z tego skleić?]
OdpowiedzUsuńTove.
[okej, czyli rozumiem, że mam zacząć. Teraz wpadłam tu tylko na chwilę, ale wieczorem coś naskrobię.]
OdpowiedzUsuńTove.
Jest dobrym klientem. Bierze dużo i często, na narkotyki wydaje trzy i cholerną jedną czwartą pensji oraz wszystkie napiwki. Owszem, zdaje sobie sprawę, że to poważny problem, cóż jednak z tego, kiedy je się, pije się, pali się, jeździ się i żyje się lepiej po kokainie? Bez pieniędzy się obejdzie, jest jak karaluch, przetrwa apokalipsę, niczym cholerna kobra prześlizgnie się po wszystkim, tylko żeby było co wciągać.
OdpowiedzUsuńSpotykają się zawsze w tej neutralnej kabinie. Bezpieczniej niż w ślepej uliczce, anonimowo, bo ani u jednego ani u drugiego. Tego wieczora jest wyjątkowo źle. Porcję, która miała go zaspokajać do końca miesiąca, wchłonęła się w niego w przeciągu dnia. Od dwóch jest więc czysty, wypłata czeka w jego kieszeni, narkotyki w cudzej. Nosi go. Wędruje po tej cholernej, klubowej toalecie już kilka godzin przed czasem, by w końcu zatrzasnąć za sobą drzwi kabiny i spalić szereg papierosów. Kiedy przychodzi, Smirnow milczy. Jak zawsze. Czeka na upragniony woreczek, a kiedy ten w końcu ląduje w jego wyciągniętej dłoni, jeszcze nie płaci. Sprawdza narkotyk, zbyt wiele razy wyruchano go w dupę, by nie był teraz przezorny. Wącha, smakuje odrobinę i zaraz krzywi się okropnie.
- Bardzo jesteś dzisiaj zabawny. Bawisz się w handlarza materiałami budowlanymi czy coś? Więcej w tym tynku niż koki - syczy po niemiecku z ruskim akcentem, bo tak zwykł się z tym osobnikiem porozumiewać, po czym zamyka woreczek i wbrew woli, która pragnie pochłonąć go na jednym oddechu, rzuca nim w tors dilera.
- Zabieraj to gówno i daj mi prawdziwy towar.
Wbrew pozorom głód stawia na gorszej pozycji dilera. W każdym innym wypadku Kobra po prostu by wyszedł i znalazł kogoś z czymś, co go bardziej zadowoli. O podobnego typa przecież nie problem w tej obskurnej norze. Teraz jednak wzdycha, przeczesuje palcami włosy i dopiero wtedy wstaje. Patrzy na mężczyznę z góry i od razu jakoś mu lepiej. Napiera na niego całym ciałem, z dziecinną łatwością przygważdżając do ściany i nie spuszcza wzroku z cudzych oczu, choć robi to pod różnymi kątami, głowa prowokująco przeskakuje z boku na bok. Ten tik jest niebezpieczny i zdecydowanie niezdrowy.
OdpowiedzUsuń- Biorę - decyduje i sam uśmiecha się prześmiewczo, kiedy zaciska kurczowo palce na woreczku, zaraz potem wciskając go do kieszeni spodni. Dalej otwiera kabinę stanowczym uderzeniem dłoni i wciąż bezczelnie patrząc na dilera opuszcza ją. Oczywistym jest, że płacić nie zamierza.
Przewiduje rozwój wypadków i czuje sporą satysfakcję, bo bijatyka oznacza ulgę dla ciała i umysłu, a ta z kolei - że narkotyk przyjmie na mniejszym głodzie. Efekt będzie dobry, w tym momencie myśli tylko o tym, wzrasta więc ekscytacja. Chwilowy dostępu do tlenu to jednak za mało. Chce więcej. Łaknie furii tego małego człowieczka, agresji wydzielanej przez oczy, płuca, każdą porę jego ciała. A tego jeszcze nie ma.
OdpowiedzUsuń- Niech pomyślę - mruczy w zadumie, paznokciem przesuwając po własnym, szorstkim policzku. - Kilo tynku kosztuje jakieś dwadzieścia koron, w kieszeni mam dwa gramy, więc... no nie wiem... jedna wystarczy?
Jest bezczelny do granic możliwości, kiedy z paskudnym uśmieszkiem wyciąga z kieszeni monetę i krótkim pstryknięciem palców pozwala się jej odbić od twardego torsu mężczyzny i upaść na ziemię. Czuje się pewnie, góruje nad nim nie tylko siłą, ale i wzrostem, być może nie do końca zwinnością, ale kabina jest zbyt niewielka, by diler mógł wykorzystać tę zdolność. Co więcej Smirnow w umyśle wyobraża sobie, jak postąpiłby na miejscu przeciwnika i przygotowuje się mentalnie na podobne ataki.
Nocą tak ciemną, że w przestrzeniach między okręgami mdłego światła latarni próżno dojrzeć czubka własnych butów poszukiwała tego, który żywił się ciemnością i tylko w ciemności zdawał się namacalny, jakby ciało w blasku słońca traciło barwę i strukturę, by ostatecznie rozpłynąć się w powietrzu. Czwarta próba mogła wydawać się żałosną i pozbawioną sensu, lecz brakowało jej desperacji do ślepej pogoni za nieznajomym, wobec tego ufała, że pojawi się w miejscu dna totalnego, trzy metry od bocznej krawędzi monopolowego, z lewej od butelkowozielonego kosza na śmieci. Deja vu zdecydowanie zbyt słodkie, cudze rany rozrywające żyły adrenaliną, wymiociny wypłukujące z mózgu wszystko, co stanie im na drodze. Zbyt późno, by przekonywać siebie samą o obrzydzeniu do obrzydliwości, której uosobieniem był on, bezimienne zło.
OdpowiedzUsuńRozpoznała go po zapachu, odrażającej mieszance etanolu, potu, brudu i gniewu, która mąciła w głowie i mroziła ruchy. Trzy i pół centymetra przed pierwszą plamą światła wychodzącą z półotwartych drzwi sklepu zatrzymała się na chwilę, gotowa do ucieczki. Chwila niepewności trwała tyle co mrugnięcie okiem, równie ulotna, zaraz zapomniana, do tego w gruncie rzeczy nieświadoma. Chociaż sam fakt stawianych w jego stronę kroków świadczył o odwadze, drżała w rytmie bicia serca. Gdy dzielił ich metr, a on podniósł głowę, zdała sobie sprawę, że nie ma takich słów od których można by zacząć, więc oparła się tylko o mur, wewnętrzna walka czaszki o pokorne opuszczenie a pary gałek szaleńczo poszukujących spojrzenia drugiego.
[tak dziwnie jakoś i do tego krótko, sorry.]
Tove.
Boli kurewsko, a kiedy pojawia się ból, Kobra traci kontrolę. Rzuca się na napastnika, przyjmuje ciosy i jest zaatakowany. Czas przyjmuje formę płynną, zupełnie traci kształt. Sekundy zamieniają się w godziny, a on nie wie nic, prócz tego, że musi wykończyć dilera, zanim ten wykończy jego. Pojawia się nóż, paraliżuje go na chwilę, opóźnienie powoduje, że czuje ostrze na policzku i zostaje zadrapany. Bladego pojęcia nie ma, jak udaje mu się wytrącić narzędzie z rąk napastnika, ale wie, że to zrobił, dźwięk metalu uderzającego o podłogę informuje go o tym aż nader dosadnie. Wreszcie to się kończy. Przypiera mężczyznę do ściany, kurczowo ściska jego ramiona tuż przy łokciu, blokując większość ruchów rąk, nogi trzyma między cudzymi, coby uniemożliwić kopnięcie w krocze. I wtedy to czuje. Jego twardość napiera na niego coraz bardziej, bo facet wciąż się szarpie. Spogląda mu w twarz i wie, że on sam jeszcze nie czuje. Spluwa mieszaniną krwi, śliny i ułamanego zęba w bok na ścianę, oddycha ciężko i zaciska palce mocniej na jego ramionach.
OdpowiedzUsuń- Uspokoiłbyś się wreszcie - sapie z dezaprobatą, po czym chętnie unosi kolano, agresywnie podrażniając nim cudze krocze.
Syczy wyraźnie niezadowolony, gdy w podziękowaniu za próbę zrobienia mężczyźnie dobrze, dostaje w pysk. Uderzony zostaje w tę cholerną wargę chyba już trzeci raz, ponownie czuje w ustach krew i widzi ją, gdy spogląda na opuszki palców, które wcześniej zdążyły zetknąć się z ranionym miejscem. Odpycha od siebie napastnika, a gest ten jest zupełnie inny niż wszystkie poprzednie: agresywny i gwałtowny. Traci cierpliwość, a sprawa wyraźnie przestaje go bawić.
OdpowiedzUsuń- Panuj nad sobą. Nie biję panienek, ale dla ciebie chętnie zrobię wyjątek - warczy, aż nader wymownie, a potem wyłącza myślenie. Chwyta dilera za kark, siłą zmuszając go do odwrócenia się do siebie tyłem, po czym przypiera go do ścianki kabiny całym ciałem.
- Chyba, że wolisz to rozwiązać w zgoła inny sposób - charczy gniewnie tuż nad jego uchem i pozwala sprawnym palcom na pokonanie bariery z cudzego rozporka i bokserek, już zaciskając je kurczowo na twardej męskości.
[A ja lubię narkotyki, jakkolwiek to o mnie świadczy, ale aby było zdrowo - mam na myśli tematykę. Właściwie nasi panowie są ze zbliżonych grup społecznych, ale męsko-męskie i ja to trochę jak woda i olej. :( Mimo to mocna piątka za Wojaczka i chyba za Niemca też, bo ten oto komentarz jest z kraju niemieckiego pisany!]
OdpowiedzUsuńJonasen