
Pia Kenevic
22 lata
pani z mięsnego
W dniu narodzin dostała białe włosy i imię. Później dostała szkołę życia. Matka piła dla urozmaicenia sobie czasu, a jej kochankowie zdawali się lubić - dla rozrywki - od czasu do czasu sprzedać mocnego lub cholernie mocnego klapsa małej białowłosej. Pieniędzy w tym domu nigdy nie było, miłości też nie. Pia to efekt niepowodzenia w antykoncepcji, córka samej siebie, bo ojciec nieznany, a matka nigdy jej nie chciała.
Dziewczyna nigdy nie poznała tego uczucia, kiedy ktoś się o ciebie troszczy. Raczej odwrotnie, to ona zawsze dbała o matkę, kiedy zupełnie pijana sikała pod siebie śpiąc na krześle w kuchni, albo w tedy, gdy musiała jechać na pogotowie pobita przez partnera. Zawsze zazdrościła koleżankom i kolegom, kiedy rodzice odprowadzali ich do szkoły, dawali buziaka w czoło i kanapkę. Pia zamiast tego miała zniszczony plecak i podartą skarpetkę. Musiała sama sobie zrobić kanapkę, ze starego chleba i z samym masłem. Wszyscy wiedzieli, przecież mieszkali w niewielkiej mieścince, ale nikt nic nie zrobił. Nikt nie przejął się małą blondyneczką. Nikt nie reagował na jej siniaki na rękach, czy podbite oko. Był to element krajobrazu: wychudzone, pobite dziecko śpiące pod schodami, kiedy w mieszkaniu było za dużo pijanych ludzi. Jak to możliwe, że nikt nie zareagował?
Obiecała sobie, że wyjedzie. Że jak tylko będzie mogła to wyjedzie. Ucieknie. W końcu całe życie uciekała : przed sprzątaniem, przed pięściami, przed napalonymi i pijanymi facetami. Uciekała przed bliskością, bo bała się komukolwiek powiedzieć, jak bardzo tego wszystkiego nienawidziła. Jej mały pokoik, w którym nie było zabawek śni jej się do dzisiaj. Śni się jej też nagi facet, który stoi nad jej łóżkiem i uśmiecha obleśnie. Nigdy wcześniej tak szybko nie uciekała. W samej podkoszulce biegła przez miasto. Ten koszmar jest z nią niemal każdego dnia.
Jej ciało stało się kartą przetargową. Seks w zamian za nocleg. Wszystko jest przecież lepsze od kolejnej nocy w tym piekle zwanym domem. Liceum z internatem okazało się najlepszym, co kiedykolwiek mogło ją spotkać. W końcu miała znajomych, którzy nie patrzyli na nią z góry. Nie powiedziała nikomu o swoim domu, nikt nawet nie pytał, dlaczego nigdy nie wraca do domu, nawet na święta. Zaraz po szkole znalazła pracę. Najpierw jako kelnerka, później rzuciła te luksusy i teraz sprzedaje mięso. Różowe włosy świetnie wyglądają w parze ze sklepowym kitlem w kolorze żółtym.
Nie widziała się z matką już prawie 5 lat. Wysyła jej tylko na święta kartkę z banknotem w środku, choć równie dobrze mogłaby po prostu wysłać jej butelkę wódki. Ma jednak nadzieję, ze kupi sobie za te pieniądze coś do jedzenia.
Jaka jest teraz? Na pewno nie tak pewna siebie, jakby chciała. Różowe włosy i mnóstwo biżuterii to jakby wołanie o uwagę. Nadal nie ma wielu znajomych, nie ma nawet kogo kochać. Chyba nawet siebie samej nie kocha. Jest tchórzem, zamiast stawić czoła przeszłości, ona się jej wypiera, zapomina, udaje że nic złego się nigdy nie działo. Chodzi do klubów, tańczy, śmieje się. Wraca do mieszkania i cieszy się kolejnego dnia, że w przeciwieństwie do jej współlokatorów nie ma kaca. Alkohol zniszczył jej matkę, ona się mu nie da. Nigdy w życiu nawet nie spróbowała się napić. Papierosy też zaczęła palić dopiero niedawno. Trudno jej nawiązywać znajomości, bo zazwyczaj wszystkie zaczynają się na zakrapianych zabawach, a niczego nie brzydzi się bardziej od pijanych ludzi. Nienawidzi swojej samotności, ale nienawidzi też pytań i nachalności. Zazdrości tym, którzy mają dobre życie.
Nie narzeka na nadmiar pieniędzy, ale przynajmniej nie nosi już podartych skarpetek, a na kanapce pojawia się i szynka i pomidorek. Potrafi gotować, ale nie wie skąd. Może jakiś wrodzony talent po którymś z rodziców? Nie wie co w niej siedzi, nie wie jakie genetyczne choroby mogą nad nią ciążyć, nie wie czy ten przystojniak który kupił dzisiaj łopatkę wieprzową to nie jest jej brat. Czasami zdarzają się jej wybuchy agresji. Czasami jej się zdarzy zamyślić, a w tedy ni pożar, ni tornado nie wyciągnie jej z Myślenicowa.
Wyrosła na niebrzydką dziewczynę o ciemnych oczach. Ubiera się właściwie specyficznie. Długie spódnice i szerokie podkoszulki, jakby wstydziła się swojego ciała. A nie ma się przecież czego wstydzić. Nie ona pierwsza ma mały biust, nie ona pierwsza ma wystające kręgi, nie ona pierwsza ma bliznę po poparzeniu na plecach.
[Dobra, w końcu mi się udało coś wykrzesać z siebie. Ale z czasem to ulepszę zapewne, chyba że zapomnę.
Na co dzień bywam, owszem bywam, nie znacie dnia i godziny. Ale może się zdarzyć, że dwa dni nic wam nie napiszę.
Do wątków zapraszam, mam nadzieje, że ktoś zechce pospędzać trochę czasu z moją Pią.
Potrzebni współlokatorzy. Dodam ich w odpowiedniej zakładce, ale jakby ktoś z obecnych chciał ze mną pomieszkać, to zmienię plany.
W tytule W.Allen
Elo!]
[Pani z mięsnego rozłożyła mnie na łopatki. Krister lubi mięso, ale najpierw muszę zapoznać się z kartą. Cześć. ;)]
OdpowiedzUsuńElsa/Krister
[Cześć. Fajna postać.
OdpowiedzUsuńOgólnie to zapraszam do wątku, ale jedyne, co mogę wymyślić, to to, że sklep Ragnara byłby obok jej sklepu i po jakimś czasie wyszłoby na to, że jak kończą pracę o podobnej godzinie, to wracają razem, bo mają kawałek w tym samym kierunku. Czy coś. Nie umiem myśle, przepraszam.]
Ragnar
[Uwielbiam różowe włoosyyy <3
OdpowiedzUsuńŻyczę dużo wątków i jeszcze więcej weny!
I jeśli jest chęć na wątek to zapraszam pod kartę Selmy;>
Selma
[Podrzucę coś takiego... Dzieci kiedyś wypatrzyły ją w parku. A właściwie mała Alva zachwycona kolorem jej włosów. Potem spotykały się częściej, pod bacznym okiem Kristera, aż któregoś razu Alva zaprosi kobietę na herbatę i kolację, hm?]
OdpowiedzUsuńKrister
[Ok, sąsiadki brzmią dobrze. Selma mieszka w kamienicy, w mieszkaniu po mężu, które z początku było dwoma mieszkaniami, ale zostały połączone w jedno. Zakładając, że na piętrze znajdując się trzy mieszkania to w trzecim mogłaby mieszkać Pia ze swoimi współlokatorami.
OdpowiedzUsuńTo ja zacznę, ale raczej wieczorem niż teraz ;>
I taaak, wiem, jest opór dupeczką <33]
Selma
Selma nie lubiła tego mieszkania. Wydawało się być piękne, urządzone z dobrym smakiem, przez nią samą z resztą. Był to taki rodzaj prezentu ślubnego od męża, że całkowicie nie wtrącał się w jej aranżację. Obiecał, że zaakceptuje wszystko, bo jak to mawiał, to ona, Selma, świeża pani Violin była najpiękniejszą dekoracją nie tylko tego wnętrza a całego świata. I jak tu się nie zakochać niby?
OdpowiedzUsuńKiedy dotarło do niej, że bierze rozwód nie miała w planach przejęcia mieszkania. Ot, obstawiała, że zostanie sprzedane a ona wyprowadzi się zaraz, znajdując sobie miejsce pod mostem. To matka i waleczny adwokat przekonali ją, że z całego tego małżeństwa powinna wynieść coś jeszcze oprócz złamanego serca i problemów ze zdrowiem. Tak więc poddała się diagnozie psychiatrycznej i rozpoczęła terapię przynajmniej do czasu zakończenia rozpraw. Popłakała trochę na sali sądowej i oto proszę, mieszkanie było jej. Pierwsze co zrobiła po ponownym wprowadzeniu się to potłukła wszystkie naczynia. Wszystkie te prezenty ślubne walały się po podłodze a później pomagały przy zniszczeniu szytych na zamówienie zasłon a później opamiętała się, uświadamiając sobie, że to wszystko jest jej. Nie ich a jej. I chyba tylko to powstrzymało ją od zniszczenia fortepianu, za co też już się brała.
Drzwi do jego pracowni zamknęła na klucz i nie otwierała ich przez dwa miesiące. Kiedy zdecydowała się to zmienić było jeszcze gorzej.
A teraz, już ponad rok od tych wszystkich wydarzeń mieszkała tu dalej, czując się tu całkowicie obco i nie jak u siebie. Mimo wszystko nie umiała po prostu sprzedać tego mieszkania, mimo, że kupców z pewnością by na nie nie brakowało. Trzymał ją sentyment, wspomnienia i przeświadczenie, że urządzenie tego mieszkania to jedyne co jej w życiu dotychczas wyszło.
Teraz jednak, gdy zniknął prąd bała się panicznie i jedyne co przyszło jej do głowy to sprawdzić czy u innych sytuacja wyglądała ponownie. Najbliżej miała do tych naprzeciwko. Właściwie to nigdy z nimi za dużo nie rozmawiała. W sumie nie mogła sprawiać dobrego wrażenia. Wracała nocami pijana, krzyczała w środku dnia, tłukła w przypływie szału wszystko co wpadło w jej ręce i kopała ściany, głupio myśląc, że przywróci jej to stracone lata,
Zapukała kilkakrotnie, niecierpliwiąc się przy tym strasznie z latarką w telefonie. Może przynajmniej uda jej się pożyczyć kilka świec. A może mieli agregat i jakimś cudem udałoby się jej ukraść go cichcem i przenieść do siebie. Takie głupie marzenia.
Selma
[Nie, jest dobrze! :D
OdpowiedzUsuńI przepraszam za zapłon, miałam dużo roboty.]
Ragnar w gruncie rzeczy lubił swój spożywczak. Oczywiście, miał on również swoje wady, jakichś pijanych i przeklinających po duńsku ludzi, obgadujące i wybredne osoby, ogólnie taki standard. Była też bariera językowa, ale jakoś tak wyszło, że znał przynajmniej nazwy produktów, które sprzedawał. I jakieś podstawowe zwroty grzecznościowe. W innym przypadku próbował dogadać się angielsku albo szwedzku, w końcu jego ojczysty i duński nie różnią się aż tak bardzo i w miarę jeszcze można coś ogarnąć.
Sklep był w takiej sensownej lokalizacji, że wszystko było blisko. Do przystanku, do mieszkania, wokół kilka innych sklepów, niedaleko jacyś znajomi. To też był jakiś plus tej sytuacji, bo nie miał jakiegoś specjalnego problemu z dojazdem, kiedy kończył później pracę.
Czasem, nawet często, wpadał do mięsnego przed lub po pracy. W sumie to nie tylko po to, żeby kupić trochę żarcia do mieszkania, chociaż nie można powiedzieć, żeby potrzebowali mało mięsa. W sumie to wprost przeciwnie, więc często robił tam zakupy, ale przychodził też, aby po prostu pogadać. To była taka fajna odskocznia od tej duńskiej codzienności, taka luźniejsza rozmowa po angielsku. Zwłaszcza że i rozmówca był fajny.
Ragnar miał silne poczucie opiekuńczości, chociaż często to o niego trzeba się było troszczyć, w końcu trochę taka niezdara z niego. Trochę bardzo, prawdę mówiąc. Ale nic to, przecież to nie przeszkadzało w upieraniu się, że wypada odprowadzić czasem koleżankę ze sklepu, zwłaszcza kiedy było już późno. A Kopenhaga taka wielka stolica przecież, lepiej uważać, bandzior co zakręt. Przecież on by nie przeżył z takimi wyrzutami sumienia.
Tego dnia udało mu się wyrwać wręcz punktualnie, bo ludzie jakoś odpuścili sobie durne zakupy typu jeden banan, trzy kiwi i pół kilo gruszek (a była taka jedna pani, co czynnie o takie rzeczy prosiła, naprawdę) tuż przed godziną zamknięcia. To w sumie miłe, miał czas na fajkę.
Ledwie zdążył zapalić sobie papierosa, przed sklep wyszła Pia. Uśmiechnął się do siebie i jej również odpalił fajkę.
— Cześć — odpowiedział. — Jak tam w pracy?
Ragnar