trochę historii
Miał dziwnych rodziców. Cóż, świadczy o tym nawet jego imię. I w ogóle to był jedynakiem, więc miał dodatkowo przesrane, bo rodzice — oboje po filologii, matka po angielskiej, ojciec po niemieckiej — męczyli swoimi językowymi pasjami synka. A więc równocześnie ze szwedzkim uczył się angielskiego i niemieckiego, a każdy z opiekunów (to była chyba jedna z niewielu rzeczy, w której się nie zgadzali) próbował mu wmówić, że jeden z nich odpowiednio jest lepszy. A on, wbrew ich oczekiwaniom, poszedł sobie na studia uczyć się dalej szwedzkiego, bo mu ojczysty jakoś najbardziej leżał.
Jak skończył studiować, było jakieś spotkanie ludzi z wszystkich pięciu krajów skandynawskich, wszyscy po filologiach poszczególnych języków. Pojechał tam sobie i poznał kilkoro wspaniałych ludzi. Tak się złożyło, że każdy z nich był z innego kraju — można powiedzieć, że to przypadek, aleNIE SONDZERagnar nie wierzył w przypadki. Chyba się zaprzyjaźnił z nimi, bo już dwa miesiące później oznajmił rodzicom, że wyprowadza się na Islandię. Reakcja była gwałtowna, zwłaszcza ze strony matki, która zdążyła w jednej wypowiedzi zbluzgać syna, jego ojca, potem złagodnieć i się rozbeczeć nawet, błagać kochanego dzieciaczka, aby został, potem stwierdzić, że dobrze, iż wyjeżdża, a na koniec chyba znormalniała i podeszła do tego spokojnie. Cóż. Za to ojciec zrozumiał syna od razu i powiedział tylko, aby ich nadal odwiedzał. Bo jak nie, to oni tam na tę Islandię wpadną (a po cichu dodał, że jak się matka rozwrzeszczy, to kolejny wulkan wybuchnie).
Ragnar, zwany przez przyjaciół Svenem, przeprowadził się razem z resztą znajomych do islandzkiej koleżanki, aż to pewnego dnia duński kolega oznajmił, że teraz pora do niego jechać. Po długich i burzliwych dyskusjach Engström zadzwonił do rodziców, że jedzie do Kopenhagi. I było tak jak wcześniej, tylko przez telefon.
I zasadniczo tak to się stało.
Nie ma dymu bez ognia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz