„[..] Później przekonujemy się, że gdziekolwiek naciera ludzka nikczemność, tam natychmiast pojawia się ludzka pomoc. Najczęściej ów zamysł pospieszenia z pomocą jest bardziej nieudolny niż nikczemność, bardziej tchórzliwy i niezdecydowany. Trudniej jest zorganizować energię pomocy. Ale zjawia się, nieproszona, niekiedy bardzo zawstydzona, i naraz zmuszony jesteś dostrzec, że w obliczu nikczemności budzi się w człowieku gotowość pospieszenia z pomocą. Czasami za późno. Czasami niedoskonale. Jednak w końcu tryumfalnie. Przekonałem się o tym.”
Sándor Márai
ELSA SØRENSEN
25; pielęgniarka na oddziale dziecięcym
Na początku nie miała nic; nikt nie był w stanie zagwarantować jej domu pełnego miłości, nie mogła dostać ciepła, które miały inne dzieci. Zamiast pluszowych misiów dostawała kolejne razy, zamiast zajadać się cukierkami, musiała wdychać dym nikotynowy i opary alkoholu. Zamiast cieszyć się słonecznymi dniami, siedziała zamknięta w szafie, żeby nie przeszkadzać. Nie mogła się uśmiechać, a każde wypowiedziane zbyt głośno słowo było powodem do ukarania. Nie pamiętała dnia bez bólu, bez upokorzenia i chłodu panującego w niewielkim mieszkanku. Pamiętała bełkot ojca, chłodne spojrzenie matki i kolejne wymierzane policzki, tylko po to, aby wiedziała, aby miała świadomość, że jest nic nieznaczącym robakiem, zbędnym balastem, kolejną buzią do wyżywienia.Liczyła dni i liczyła noce, wiedząc, że z każdą upływającą dobą, jej szanse na ratunek maleją. Nie miała możliwości ucieczki, a każda jej próba kończyła się kolejnymi śladami po skórzanym pasie, kolejnymi siniakami i przekleństwami, na które nie zasługiwała. Przełom nastąpił wtedy, kiedy całkowicie straciła nadzieję, na kilka dni przed jej siódmymi urodzinami obcy ludzie zabrali ją z piekła. Nawet się nie odwróciła, nie spojrzała po raz ostatni w oczy matce, która jako jedyna z obecnych w mieszkaniu wstała z kanapy i krzyczała. Znowu krzyczała na nią, chociaż nic nie zrobiła. Elsa zabrała ze sobą tylko szmacianą lalkę. Nie miała innych rzeczy, nie miała zabawek, nie miała ładnych ubranek dla dziewczynek, nie miała oszczędności w skarbonce. Nie miała nic oprócz szmacianej lalki.Swoich prawdziwych rodziców poznała zaraz po tym, jak ukończyła siódmy rok życia. Miła, nieco pulchna kobieta z ciepłym uśmiechem i wysoki, tyczkowaty mężczyzna w zbyt luźnej koszuli. Obiecywali, że po nią wrócą, jeśli tylko będzie tego chciała. Nie mogła nie chcieć. Dzięki nim miała wszystko, miała dom pełen miłości i ciepła. Miała syte posiłki, szkolne podręczniki i czyste ubrania. Miała pokój pełen zabawek i mogła spotykać się z rówieśnikami.Nie miała widoków na przyszłość; teraz ma dobre wspomnienia, ma wykształcenie, ma wymarzoną pracę, w której może pomagać, ma dobre serce i ciepły uśmiech ─ zupełnie jak matka. Ma własne mieszkanie i od kilku lat stawia samodzielne kroki w dorosłym życiu, będąc ciągle wspieraną przez dwie osoby, które dały jej nadzieję na lepsze życie, które pomagały realizować marzenia, które nauczyły, jak nie bać się ludzi.
Wizerunek: Imogen Poots
[Za chwilkę, powalę Cię na kolana moim talentem do zaczynania, hue hue. :D]
OdpowiedzUsuńSven
Sven Ørsted nie był melancholijny. Albo chociaż gdyby czasem wpadał w refleksję nad życiem nie byłoby to dziwne. Jego matka miała skłonności do tygodniowych skłonności depresyjnych, kiedy wydzwaniała dwadzieścia razy dziennie, a jeśli nie odebrał, nazywała go „ojcem, pewnie też zaraz uciekniesz ode mnie”. I wyła w słuchawkę, podczas gdy Sven szeptem nawoływał do porządku Brutusa próbującego robić parkour na firankach. Cóż, miał dosyć wesołe życie z taką rodziną, ale pewnie cudem wdał się w ojca i nie rozpaczał nad rozlanym mlekiem, woląc chyba nawoływać bezskutecznie do porządku kota, który posyłał mu spojrzenie fascynujące, wskakiwał na niego i kazał drapać się za uchem. Konsekwentny też nie był.
OdpowiedzUsuńAle piątek wieczór, po całym dniu użerania się głównie z okropnym dzieciuchem, który nienawidził naklejek prostujących kręgosłup i zazwyczaj gryzł Svena po rękach, Ørsted miał, bardzo prosto mówiąc, dość. Kota nie było, kiedy przyszedł, nawet wtedy, kiedy rzuci karmę na stół w kuchni. Najprawdopodobniej siedział pod łóżkiem i miał wyskoczyć w nocy, w przypływie nagłej weny twórczej, żeby pozwalać wszystko z nieuprzątanego stolika w salonie. Aktualnie Sven o tym nie myślał, kiedy wpatrywał się w kolejne telezakupy, już chyba na czwartym kanale. Z zafascynowaniem obserwował właściwości niepalącej niczego patelni za jedyne milion koron duńskich! Tak, już leciał po telefon. Właściwie to nie, ziewnął potężnie i osunął się po oparciu kanapy, błagalny wzrok kierując w sufit.
Nie nudził się. Był jakby zmęczony psychicznie, zaczynał się nawet zastanawiać, czy nie powinien wziąć sobie do serca gadki matki, ciotki i zgryźliwej babki, że czas najwyższy, żeby się ustatkował. Wolał chyba mieć kota niż dziewczynę, a właściwie nie znał żadnej, która zniosłaby bałagan w jego mieszkaniu. I jego życiu. I która nie zwracałaby uwagi na to, że rządzi nim kot, a nie odwrotnie. Kiedy Brutus chciał jeść płatki swojego właściciela, właściciel musiał zrobić sobie nowe, inaczej poznałby smak własnej krwi, będąc podrapanym jakby wpadł pod kosiarkę. Rozmowy Svena ze Svenem nie wychodziły mu za dobrze, więc podniósł się i udał do kuchni. Bał się otwierać szafki, bo nigdy nie pamiętał, która pluła zagubionymi puszkami i kubkami. W jednej z nich trzymał wino, które znało chyba początki jego znajomości z Elsą. Nie wypili go koniec końców, bo miał jakieś piwo w lodówce i było mu łatwiej je przynieść niż męczyć się z otwieraniem wina. Cóż...
Nie zaprzątał sobie głowy pytaniem, czy może się z kimś umówiła, bo może nie miała czasu, ale był jej przyjacielem, więc chcąc nie chcąc zagrabił sobie kawałek jej grafiku. I musiała docenić to, że chociaż zazwyczaj stawiał na dwa głębsze i wracanie slalomem przez całe miasto, to tego wieczoru wolał jej towarzystwo. I wino, chyba dobre, nie czuł przez korek. Potrzebował z kimś porozmawiać, a kota nie było, Elsa miała więc dziś pecha.
Zostawiając resztki kultury, zapukał i oparł się o ścianę obok drzwi. Chciał potem wyskoczyć, ruszyć brwiami i rzucić gadką ze słabego poradnika dla lovelasów. Może to ruszy jej serce i go nie wygoni.
[To teraz możesz wymyślić Nam wątek]/Zeno
OdpowiedzUsuń[Dzień dobry, widzę, że my się już na każdym blogu spotykamy, ale bynajmniej mi to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie!
OdpowiedzUsuńJest szansa na jedną i drugą opcję? Jeśli chodzi o Elsę to mogą się kojarzyć ze szpitala ponieważ Selma przychodzi tam popatrzeć na dzieci i czasami popłakać trochę. I antykwariat też odwiedza w poszukiwaniu nut, lepszych pomysłów niestety nie mam póki co ;<]
Selma
[Cześć, wpadłam po wąteczek. A tak swoją drogą, kojarzę postać, była może na in-copenhagen? :D]
OdpowiedzUsuńRagnar
[Ok, a masz jakieś bardziej oryginalne pomysły, czy zostajemy przy braku oryginalności? ;>]
OdpowiedzUsuńSelma
Przez chwilę myślał, że jej nie ma i poczuł się głupio, że tak stoi przy tych drzwiach, ale odetchnął z ulgą, kiedy drzwi w końcu się otworzyły i stanęła przed nim Elsa. Wyszczerzył zęby.
OdpowiedzUsuń– Mam wino i moją niewątpliwie interesującą osobę – oznajmił, unosząc do góry butelkę i machnął przed nią ręką, jakby reklamował butelkę. Przed sobą tego nie zrobił, bo to oczywiste, że był o wiele atrakcyjniejszy od wina. – A bez soli się da, użyjemy cukru.
Miała dres, więc na pewno nie była umówiona. Przepchnął się obok niej do mieszkania, uprzednio wręczając alkohol, bo trochę mu ciążył w dłoni, dzisiaj miał ewidentnie bardzo leniwy dzień, że nie chciało mu się nawet sięgać po pilota. Próbował to zrobić nogą, ale efektem był tylko jeszcze większy bałagan, więc w ogóle się poddał.
W mieszkaniu Elsy czuł się swobodnie, prawie jak u siebie, czasem nawet Brutus do niej uciekał, ale o dziwo zachowywał się całkiem grzecznie, jedynie żebrał jedzenie, patrząc nań błagalnie. Na Svena nigdy tak nie patrzył, bo zwyczajnie żądał, żeby go nakarmiono. I oczekiwał jeszcze wdzięczności, że właściciel dostąpił tego niewątpliwego zaszczytu! Sven usiadł swobodnie na kanapie, rozwalając się na oparciu, że głowę wręcz przewiesił na drugą stronę, by zlustrować resztę mieszkania do góry nogami. Nie wiedział, czemu czuł się tak bardzo zmęczony, ale nie chodziło o zmęczenie, które da się zbyć snem... Miał wrażenie, że zaraz zwariuje, bo wszystkie błahostki nagle zrobiły się ciężkie.
– Elsa, jak ty to robisz, że nie masz ochoty zabić tych marudzących dzieciaków? – powiedział w końcu, nie czekając nawet, jak obok niego usiądzie. – To znaczy, niektóre są poważnie chore, ale mi się trafiają same takie... nie, nie mógłbym być przedszkolanką za to, co chciałem powiedzieć.
Sorensen była chyba jedyną osobą na tym świecie, przy której nie bał się gadania głupot. Bo takie ewidentnie teraz mówił, i to jeszcze z jakąś dziwną powagą, jakby był pechowcem i przychodziły do niego same dzieci bogatych rodziców, sądzące, że po jednej wizycie nagle każda kontuzja rozpłynie się w nicości i wystarczy mu wepchnąć pełno banknotów w kieszeń. Szkoda, że tak nie było, bo dla obu stron byłoby to najwygodniejsze i czasem się zastanawiał, czy stary, poczciwy internet nie zna na to metod, ale rezygnował... Lubił swoją pracę, czasem, ale gdyby zaczął kombinować, na pewno by z niej wyleciał.
[nie wiem co to jest. :<]
[Ok, to ja czekam ;)
OdpowiedzUsuńTak sobie myślę też, że Selma mogłaby uczyć któreś z podopiecznych Kristera gry.]
Selma
Ze Svenem było trochę tak, jakby rósł cały czas, ale tylko zewnętrznie. W środku czuł się tak, jakby wciąż miał siedem lat i rzucał w tył głowy matki klockami Lego, kiedy nie patrzyła i zwalał to na młodszego kuzyna, który nie mógł zaprzeczyć, bo jedyne, co potrafił powiedzieć, to „mama” i „tata”. Czasem miał ochotę kopnąć kogoś w tyłek, obrazić się jak małe dziecko albo bardzo dorośle nazwać kogoś „kmiotem”, ale potem myślał, że chyba jednak mu nie wypada. Elsa wydawała mu się jego całkowitym przeciwieństwem, taka dojrzała i zatrzymująca go złapaniem za kołnierz przy samej krawędzi urwiska, z którego chciałby skoczyć. Pewnie dlatego tak dobrze się dogadywali, przez znaczną różnicę światopoglądów, bo dla Svena na przykład nudni byli ludzie, z którymi dzielił więcej niż jedno hobby. Nie ma lepszego słowa na miliony rzeczy, porzucane po tygodniu, jak na przykład żywiołowa miłość do surfingu na wakacjach z ojcem jakieś dziesięć lat temu albo ogromne zainteresowanie jeździectwem, póki nie spadł z konia. Aktualnie oglądał same stare filmy, ale chyba też powoli zdradzał je na rzecz seriali kryminalnych, bo zasnął przy jakimś dramacie z lat sześćdziesiątych i obudził go Brutus, zaciekle drapiący w oparcie kanapy.
OdpowiedzUsuń– Ty masz dar, rozumiesz – powiedział z miną znawcy, mocując się z korkociągiem. – Ja nie mam daru. Ja mam ręce, które leczą, ale one tego nie rozumieją. Ty się uśmiechasz i każdemu serce mięknie, a jak ja się uśmiecham to dostaje w mordę, bo uchodzę za oblecha. To jest zasadnicza różnica, El.
Powiedział, co wiedział, ale nie zamierzał kontynuować wykładu, bo naprawdę chciał się napić tego cholernego wina i po kilku minutach mógł już ogłosić szumne zwycięstwo z korkiem i rozlał alkohol do kieliszków.
Na wzmiankę o masażu uniósł brwi.
– Dopiszę ci to do rachunku, inni płacą miliony – stwierdził.
Żadnego rachunku nie było, ale mógł sobie pogderać, bo akurat w masażu był niezły, według siebie wręcz uchodził za mistrza, ale nie mówił tego głośno, bo przecież skromny z niego facet był. To był zaszczyt, otrzymać masaż od takiego Svena, więc mogła się bardziej postarać, a nie tak „nie będę marudzić, jak zrobisz mi masaż”. Nie powinna w ogóle marudzić, bo w takim wypadku by się zastanowił, ale prawda była taka, że gdyby Elsa poprosiła go, żeby uratował z płonącego domu jej ulubioną poduszkę, to wlazłby tam bez wahania. Taki był z niego dobry przyjaciel! To właśnie pomyślał i z satysfakcją napił się wina, dumając nad swoją zajebistością.
[Sprawa wygląda tak, że Zeno jest pewnie ostatnią osobą, która przyjmie pomoc. Więc w chwili, gdy ona by ją zaoferowała, mógłby rozkwasić jej nos (tak, jest bydlakiem i mógłby uderzyć kobietę).]/Zeno
OdpowiedzUsuń[Hm, ja raczej wolę z jakimś powiązaniem. Może jakaś znajoma wrobiłaby Ragnara w pilnowanie dziecka, a jemu coś by się stało i pojechał do szpitala. Tam trafił na Elsę, a ona myślała, że jest ojcem dziecka. I ogólnie tak mogli się poznać. Potem jakaś sąsiadka poprosiłaby go o zawiezienie do szpitala z małym synkiem (Ragnar sam jest trochę jak dziecko, więc w sumie często mu je powierzają), znowu trafiłby na Elsę. I może jeszcze raz, tak że Elsa uznałaby go za jakiegoś pechowca czy coś. I potem spotkaliby się, kiedy oboje mieliby wolne, może w jakimś markecie czy coś. I Ragnar zaprosiłby ją na kawę, żeby w końcu móc pogadać o czymś innym niż dziecięce choroby. Przepraszam, na nic więcej mnie nie stać. :<]
OdpowiedzUsuńRagnar