czwartek, 28 sierpnia 2014

"Człowiek, który nie ma nic do stra­cenia, by­wa groźny."














Andreas Mads Kastner
dwadzieścia pięć lat, ponoć wykształcony,
bezrobotny, zagubiony, waleczny.
Chwyta każdej możliwej roboty,
skończył z wszelkimi granicami.


Masz wszystko, by zaraz nie mieć nic, ledwie kilka godzin pozbawia cię wsparcia, kolejny rok kradnie ci dom i rodzinę. Nigdy nie lubiłeś ojczyma, fiut był z niego pierwsza klasa, a on z wzajemnością nie znosił twojej obecności. Razem z siostrą nie raz namawiałeś matkę, by spakować rzeczy i wynieść się. Nie dało, to nic. W wieku dwudziestu lat wyniosłeś z domu, porzuciłeś tych, których kochałeś. Zrobiłeś, to tylko po, to by iść na studia, póki był akademik miałeś, gdzie mieszkać. Od niecałych dwóch lat bez stałego dachu nad głową, nawet dziury jakim było mieszkanko w kamienicy nie utrzymałeś. Im więcej miesięcy mijało tym więcej pieniędzy brakowało na rachunek, oczywistym było więc, że w końcu właściciel kamienicy się wkurzy i wypieprzy cię na bruk. Od tygodnia tułasz się i odsypiasz, gdzie się da. Czy ktoś umie złamać twoją dumę? Nie lepiej byś przeprosił? Oczywiście, że nie. Stoczenie się na samo dno jest lepszą perspektywą niż wyduszenie z siebie jednego słowa, prawda? W ciągu pięciu lat wyplułeś z siebie więcej krwi niż masz w ciele, kląłeś z bólu patrząc na pogardę przeciwnika. Przywykłeś do rozciętej wargi, podbitego oka, obitych żeber, strat wielkich nie poniosłeś, bo materialnie nie ma co ci już odebrać los. Mimo niesprzyjającemu losowi, podnosisz się z tym ironicznym uśmiechem, nikt, by nie pomyślał patrząc na ciebie, że jesteś już prawie na dnie. Stoisz na nogach uparcie i dalej denerwujesz otoczenie swym istnieniem. Nie gryziesz się w język, gdy ci dogryzają, nie milczysz, gdy ktoś cię dotknie. Czy ty się kiedyś zmienisz, mój drogi Andre?

Nieznany pan na zdj
W tytule J.W. Goethe
Faworyzuję czasami.

wtorek, 26 sierpnia 2014

S. J. Lec: Jakie wnioski wyciągają z doświadczeń króliki?

Ma tiki węża, coś z nim nie tak, coś z nim nie tak. Coś z nim nie tak. To trochę jak uderzenie palcami w klawiaturę, nlfszbbdfvb i koniec, sekwencja tych liczb pi po przecinku, tak pozornie losowych, a mimo to nie wydusi z siebie więcej niż 3,14, bo to jego średnia po podstawówce, choć każdy mówi przecież, że stać go na wiele. Stać go na wiele, to prześladuje, ostatnio ważył woreczek koki po wąsie, trzy czternaście, trzy czternaście, ambicje go jedzą, skubią palce od stóp, już tak wiele lat, a on pozwala im na to, pozwala i nie robi nic, prócz szeregu dzieci, orgazmów męskich i bohomazów po prochach i wie to, i czuje całym sobą, i wciąga te dragi każdą częścią ciała, żeby zapomnieć, nie myśleć, nie przeżyć niczego. W tym celu posunie się do czynów skrajnych, tylko daj mu powód, choćby nie wiem jak błahy. Kiedyś robił wszystko, by zdobyć tron, był ateistą z autoagresją za pan brat, pretendował do miana archeologa lub astronauty i zwijał małe łyżeczki z każdego lokalu, przez który się przewinął. Miał lat 3+1+4 (znów, znów, znów), potem się skończyło, neutralne 21 i mówił mamo, mamo, w Norwegii mogę zarobić 13 tysięcy nie robiąc nic, siedem miesięcy i będę miał na mieszkanie, spróbuję jeszcze raz z tymi studiami! Świat już wtedy przybrał kolor czerni, 70PLN za paczkę papierosów przerosło jego możliwości, po dwóch tygodniach już go w Oslo nie ma. Zostaje jedynie natarczywe szukanie określenia na ten ciemniejszy kolor. We wszystkich wymiarach, światach równoległych i krajach Unii Europejskiej.
 
Gawriił "Kobra" Smirnow, 29, Rusek z Polski, dostarcza pizzę i niepokój gratis.

Dos­ko­nale wiado­mo, że w nies­kończo­nym wszechświecie wszys­tko, co możemy so­bie wyob­ra­zić.

...mu­si gdzieś istnieć.

Nicklas Hedegaard
27 letni pracownik warsztatu samochodowego.
 w Kopenhadze od urodzenia.

mamo, mamo! zobacz, nareszcie przyjechali! wujek Nicklas i ciocia Jasmin! chodźcie, specjalnie posprzątałyśmy w salonie i upiekłyśmy szarlotkę. będzie fajnie. tata ogląda teraz wiadomości. to nudne, ale za chwilę się skończą. zaparzymy kawę. prawda mamo? idźcie już, idźcie. przysunęłam wam fotele do stolika! potem pokażę wam moje rysunki. jak zasłużycie, może dam wam jeden… hm, mamo? oni znowu to robią. tak dziwnie wymachują rękami. czy z wujkiem nie można dogadać się inaczej?

Pracujesz, masz żonę, planujesz powiększyć swoją rodzinę. A oni ciągle ci nie wierzą. Nie wierzą, że poradzisz sobie w życiu lepiej, niż niejeden normalny. Wystarczy odrobina odwagi, by spoglądać w przyszłość z podniesionym czołem. Samozaparcie, nuta egoizmu, bo przecież nikt nie zabroni ci czerpać z życia całymi garściami. To ci się należy. Co innego ci pozostało? Nie usiądziesz w kącie, nie wsadzisz kciuka do ust i nie zaczniesz płakać. Czy czegoś ci brakuje? Z pewnością nie poczucia humoru. Nie potrafisz się ze mną dogadać? Chodź, chodź na kielicha. Pół litra wódki i niepotrzebne nam będą żadne słowa. Migowy to nie chiński. No co, ręką nie potrafisz poruszyć? Nawet taka kaleka jak ja to potrafi! Rodzice trzymali cię pod kloszem od kiedy to się stało i teraz drżą ze strachu o twoje życie. Mają ochotę traktować cię jak dziecko, a ty usilnie starasz się im udowodnić, że jesteś dojrzałym mężczyzną. Odpowiedzialnym mężczyzną, choć sam wiesz, że to nieprawda. Bo gdybyś mógł, spakowałbyś swój plecak i uciekł stąd w trzy diabły. Bo masz świadomość, że sprawy brną coraz dalej w coraz szybszym tempie. Bo obawiasz się tego skoku w prawdziwą dorosłość. Co roku dźgasz łyżeczką swój urodzinowy tort i wcale nie czujesz uciekającego czasu. Chcesz być wiecznie młody, wiecznie w pełni sił. Dawać oparcie osobom, które kochasz zawsze, gdy tego potrzebują. Często sięgasz po papierosy bo podoba ci się, jak pies usiłuje schwytać swoimi zębami ulatujący dym. Cała magia tkwi w rzeczach nieistotnych. Co z tego, że zostawisz na podłodze w salonie brudne skarpetki i spodnie? I tak nie usłyszysz wrzasku swojej żony. Możesz nawet wyjść, a ona nie będzie miała ci tego za złe. Przecież to nie twoja wina. A wieczorem, kiedy już kładziesz się do łóżka, możesz zacząć marzyć. Zapachami, kolorami, obrazami. Jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, tyle do udowodnienia. I nikt na świecie nie wmówi ci, że czegoś nie potrafisz. Że do czegoś się nie nadajesz. Nawet jeśli rzeczywiście się nie nadajesz… To czy nie będzie zabawnie wspominać kolejną porażkę? Ludzie mogą nazywać cię pierdołą, która nie potrafi dokończyć tego, za co się złapała. Ale czy pierdoła nie może mieć w życiu dobrze?

krótko i na temat   |   powiązania   |   notatki

"Gdy kiedy­kol­wiek dochodzi do ja­kiegoś osiągnięcia, jest to dziełem – jak się prze­konałem – mo­noma­niaka opa­nowa­nego ob­sesją misji."



poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Bo nie żyję ani w przeszłości, ani w przyszłości.

 Dla mnie istnieje tylko dzisiaj i nie obchodzi nic więcej.

Tobias Kian Lerssen
trzydziestopięciolatek - Duńczyk - 10.09.1979 rok, Kopenhaga
biznesmen - ignorant - indywidualista


Ktoś mu powiedział, że ludzie nie zwierzęta, by gryźć do krwi, by szarpać ciało. Lecz spróbuj się zbliżyć, dotknąć go, czy poznać, a zabierze cię w samo piekło, gdzie ból nieodzownym jest doświadczeniem. Mówią, że pozbawiony moralności, ale czy można trzymać się zasad, którymi kierowali się Ci, którzy najwięcej krwi mu napsuli w szczenięcych latach? Byli zawsze obecni, gdzieś obok jak hieny, jak sępy przyczajeni, czekający na jego koniec. Po latach nie raz siedząc w biurze, śmiał się w głos czytając gazetę. Zwali go różnie zaczynając od niewdzięczników, przez złodziei lub narkomanów, a kończąc na słodkim określeniu ciota, pedał, gej. W tym wszystkim coś z prawdy było, gdzieś, to ziarenko się kryło bez potwierdzenia, bez zaprzeczenia. Wszystko co miał wniósł w firmę, coś małego rozrosło się w potęgę. Transport zapotrzebowaniem dzisiejszego świata, a dla niego szansa. Wykorzystał co mógł, zrobił wszystko, co musiał. Dotarł tam, gdzie chciał, więc wspiera młodszych, by ryzykowali. Nadmiar pieniędzy, by nie marnować, pakuje w uczelnie, akademię i inne takie pozornie nielubiane instytucje. Dopiero w wieku trzydziestupięciulat zaczął kąsać dotkliwie jak Oni, doprowadza wszystko do końca, zmusza do reakcji i upadu na samo dno. Chociaż w swym działaniu i sam opada tak nisko, osiąga Nic.

PRZESZŁOŚĆ... TERAŹNIEJSZOŚĆ... ŻYWI I BLISCY...
______________________
Boski Michael Fassbender
Nie pamiętam kto w tytule.
Przyjmę wszystkie wątki,
pomijam przypadkiem niestety,
 faworyzuję czasami.

***




Rozchwiana wewnętrznie, bez żadnego pomysłu na siebie i swoje życie. Brak perspektyw, znajomości i jakiejkolwiek zaradności życiowej. Wieczne dziecko, ciągle idzie w zaparte i nie dopuszcza do siebie innego zdania. Kapryśna i wybredna, ciężko z nią wytrzymać. Egoistka, choć nie ze złośliwości. Raczej z braku świadomości, że istnieje ktokolwiek, kto przejmowałby się tą małą rudą Inge, że może kogoś zranić, że jej decyzja czy słowa mogą w ogóle wpłynąć na cokolwiek. Chciałaby być inna, troskliwa i pomocna, ale nie potrafi. Chciałaby skończyć studia i pracować na jakimś wyższym stanowisku. Z pewnością nie chciałaby skończyć tak, jak skończyła.

Z drugiej strony bywa pewna siebie i złośliwa. Czasem cyniczna i sarkastyczna, wydaje się, że traci całą zwyczajową naiwność dziecka. Nie wierzy, że świat mógłby być dla niej przyjazny, że ktokolwiek mógłby ją pokochać czy choćby zrozumieć. Stoczyła się, zamiast niegdysiejszej młodej damy jest arogancka dziwka. Sama straciła do siebie szacunek, a jeszcze łudzi się, że ktoś inny może go wobec niej zachować. Nigdy by nie pomyślała, że będzie się sprzedawać, byleby tylko nazbierać choćby na mieszkanie na obrzeżach Kopenhagi, na mięso raz w tygodniu i makaron w każdy inny dzień. Na zupę mleczną i jajecznicę, na gorzką jak cholera kawę i przyjemne odwiedziny w cukierni, aby kupić jeden malutki kawałek ciastka na miesiąc. W sumie mogłaby żyć lepiej, bo trochę w swojej profesji zarabia, ale... Ma swoje powody, dla których żyje skromnie. I nie chodzi tu o jakieś specjalne oszczędności, bo zbierać pieniędzy to Inge akurat nigdy nie umiała.


Ingebjørg Ingrid Hjort
✦ 15.08.1990, Vejle ✦
✦ panna do towarzystwa, zrobi to, co musi ✦
✦ oficjalnie jest sekretarką w jakimś biurze ✦
✦ wciąż marzy o księciu z bajki i prawdziwej miłości ✦


HISTORIA POWIĄZANIA CIEKAWOSTKI

________________
Ebba Zingmark
chyba wolę zaczynać
w sumie to szukam Inge współlokatora
w zakładce postaci do przejęcia
boru.cthulhu@gmail.com




skrócę cierpienie w lęk i ulgę

Lars Unik
25 lat to za mało by poznać gorzki smak życia, 
lecz wystarczająco by przestać wierzyć w bajki
porzucone studia ekonomiczne | pracownik Ogrodów Tivoli

Gdyby mógł spakowałby walizkę, wyjechał na drugi koniec świata i hodował alpaki w nadziei, że zapomni o wydarzeniach, które miały miejsce niespełna 3 lata temu. Po dwóch dniach umarłby nie mając co włożyć od garnka - o ile nie zapomniałby wziąć ze sobą takowego naczynia - bowiem nigdy nie podzielił miłości ojca do polowania. Przed tym jednak krzyczałby wniebogłosy błagając o bagietki czosnkowe, czarną herbatę i wygodną poduszkę. Marudziłby na świat, jednocześnie zgrywając bohatera bo przecież taka jest rola prawdziwego mężczyzny. Udawałby, że bawi go poczucie humoru losu, że wcale nie dręczą go wyrzuty sumienia, że relacje z rodzicami nadal ma dobre, a dziewczyna, którą pokochał nadal czeka na niego z ciepłą herbatą w jednej z jego ulubionych restauracji. Śpiewałby smutne piosenki choć jemu z pewnością słoń na ucho nadepnął. Jeździłby konno, zbierałby świerszcze do słoika jak to robił w dzieciństwie z dziadkiem i zachwycałby się gwieździstym niebem. 
Gdyby mógł pokonałby strach przed jazdą samochodem i raz na zawsze uwolnił się od zatłoczonych, wiecznie spóźnionych, pojazdów komunikacji miejskiej. Przestałby karmić nikotynowego raka dymem papierosowym, pozbyłby się trzech blizn na prawym policzku i przeżył piątkową rocznicę związku w zaciszu niewielkiego mieszkania, mocno tuląc do swej piersi ukochaną.
Gdyby mógł wróciłby na studia, pokazałby ludziom, że jest slaby, a praca w wesołym miasteczku wcale go nie satysfakcjonuje. Udowodniłby znajomym, że wcale nie przegrał życia, że jest cholernie ambitnym człowiekiem i prócz wiecznego czekania na dźwięk poczty, zwiastujący mową wiadomość w jego życiu chodzi o coś więcej. 

pustka po Tobie bezdenna, bezczelna, bezlitosna. 

______
Faworyzuję. Wybrzydzam. Narzekam. Ale generalnie to lubię pisać!

niedziela, 24 sierpnia 2014

I'm going where the cold wind blows





LAURA  BREINHOLST
28.03.1987,  Kopenhaga · Grafik komputerowy · Uciekająca Panna Młoda

Otwarta walizka, a w niej niechlujnie, spakowane na szybko ciuchy. Stos papierów na biurku, obok kubek z niedopitą, już zimną kawą. Odzywające się sumienie. Muzyka wypełniająca puste ściany. Pytania. Pytania, a wraz z nimi niepojęte odpowiedzi. Istny chaos.
Chodzisz. Niczym pies pałętasz się po mieszkaniu z papierosem pomiędzy palcami. Bezsenność zmusza cię do przemyśleń. Analizujesz podjęte decyzje. Krok, po kroku. Znowu to samo. Znowu znalazłaś się w sytuacji bez wyjścia. Po raz kolejny stworzyłaś bałagan i uciekłaś. Ot, to najlepiej ci wychodzi.
Wychodząc do ludzi przybierasz maskę. Robisz dobrą minę do złej gry. Jesteś perfekcyjną aktorką. Mistrzynią w ukrywaniu emocji. Nie chcesz, by ktoś odkrył twoje słabości. Wolisz być jednostką samowystarczalną, niż desperacko doszukiwać się czyjeś obecności. Nie potrzebujesz ramienia, do wylewania w nie łez. Nie oczekujesz współczucia. Wolisz być sama. Tak jest lepiej. O wiele bezpieczniej.

PERSONLIGHET | GALLERI

Karta także na innym blogu. 
Bernhard do przejęcia. Weź ktoś go <3
Nirvana w tytule.


"(...)Czyli żeby być nieszczęśliwym trzeba albo kochać, albo kochać cierpienie, albo cierpieć z nadmiaru szczęścia"

Pia Kenevic
22 lata 
 pani z mięsnego 

W dniu narodzin dostała białe włosy i imię. Później dostała szkołę życia. Matka piła dla urozmaicenia sobie czasu, a jej kochankowie zdawali się lubić - dla rozrywki - od czasu do czasu sprzedać mocnego lub cholernie mocnego klapsa małej białowłosej. Pieniędzy w tym domu nigdy nie było, miłości też nie. Pia to efekt niepowodzenia w antykoncepcji, córka samej siebie, bo ojciec nieznany, a matka nigdy jej nie chciała. 
Dziewczyna nigdy nie poznała tego uczucia, kiedy ktoś się o ciebie troszczy. Raczej odwrotnie, to ona zawsze dbała o matkę, kiedy zupełnie pijana sikała pod siebie śpiąc na krześle w kuchni, albo w tedy, gdy musiała jechać na pogotowie pobita przez partnera. Zawsze zazdrościła koleżankom i kolegom, kiedy rodzice odprowadzali ich do szkoły, dawali buziaka w czoło i kanapkę. Pia zamiast tego miała zniszczony plecak i podartą skarpetkę. Musiała sama sobie zrobić kanapkę, ze starego chleba i z samym masłem. Wszyscy wiedzieli, przecież mieszkali w niewielkiej mieścince, ale nikt nic nie zrobił. Nikt nie przejął się małą blondyneczką. Nikt nie reagował na jej siniaki na rękach, czy podbite oko. Był to element krajobrazu: wychudzone, pobite dziecko śpiące pod schodami, kiedy w mieszkaniu było za dużo pijanych ludzi. Jak to możliwe, że nikt nie zareagował? 
Obiecała sobie, że wyjedzie. Że jak tylko będzie mogła to wyjedzie. Ucieknie. W końcu całe życie uciekała : przed sprzątaniem, przed pięściami, przed napalonymi i pijanymi facetami. Uciekała przed bliskością, bo bała się komukolwiek powiedzieć, jak bardzo tego wszystkiego nienawidziła. Jej mały pokoik, w którym nie było zabawek śni jej się do dzisiaj. Śni się jej też nagi facet, który stoi nad jej łóżkiem i uśmiecha obleśnie. Nigdy wcześniej tak szybko nie uciekała. W samej podkoszulce biegła przez miasto. Ten koszmar jest z nią niemal każdego dnia. 
Jej ciało stało się kartą przetargową. Seks w zamian za nocleg. Wszystko jest przecież lepsze od kolejnej nocy w tym piekle zwanym domem. Liceum z internatem okazało się najlepszym, co kiedykolwiek mogło ją spotkać. W końcu miała znajomych, którzy nie patrzyli na nią z góry. Nie powiedziała nikomu o swoim domu, nikt nawet nie pytał, dlaczego nigdy nie wraca do domu, nawet na święta. Zaraz po szkole znalazła pracę. Najpierw jako kelnerka, później rzuciła te luksusy i teraz sprzedaje mięso. Różowe włosy świetnie wyglądają w parze ze sklepowym kitlem w kolorze żółtym.
Nie widziała się z matką już prawie 5 lat. Wysyła jej tylko na święta kartkę z banknotem w środku, choć równie dobrze mogłaby po prostu wysłać jej butelkę wódki. Ma jednak nadzieję, ze kupi sobie za te pieniądze coś do jedzenia. 
Jaka jest teraz? Na pewno nie tak pewna siebie, jakby chciała. Różowe włosy i mnóstwo biżuterii to jakby wołanie o uwagę. Nadal nie ma wielu znajomych, nie ma nawet kogo kochać. Chyba nawet siebie samej nie kocha. Jest tchórzem, zamiast stawić czoła przeszłości, ona się jej wypiera, zapomina, udaje że nic złego się nigdy nie działo. Chodzi do klubów, tańczy, śmieje się. Wraca do mieszkania i cieszy się kolejnego dnia, że w przeciwieństwie do jej współlokatorów nie ma kaca. Alkohol zniszczył jej matkę, ona się mu nie da. Nigdy w życiu nawet nie spróbowała się napić. Papierosy też zaczęła palić dopiero niedawno. Trudno jej nawiązywać znajomości, bo zazwyczaj wszystkie zaczynają się na zakrapianych zabawach, a niczego nie brzydzi się bardziej od pijanych ludzi. Nienawidzi swojej samotności, ale nienawidzi też pytań i nachalności. Zazdrości tym, którzy mają dobre życie. 
Nie narzeka na nadmiar pieniędzy, ale przynajmniej nie nosi już podartych skarpetek, a na kanapce pojawia się i szynka i pomidorek. Potrafi gotować, ale nie wie skąd. Może jakiś wrodzony talent po którymś z rodziców? Nie wie co w niej siedzi, nie wie jakie genetyczne choroby mogą nad nią ciążyć, nie wie czy ten przystojniak który kupił dzisiaj łopatkę wieprzową to nie jest jej brat. Czasami zdarzają się jej wybuchy agresji. Czasami jej się zdarzy zamyślić, a w tedy ni pożar, ni tornado nie wyciągnie jej z Myślenicowa. 
Wyrosła na niebrzydką dziewczynę o ciemnych oczach. Ubiera się właściwie specyficznie. Długie spódnice i szerokie podkoszulki, jakby wstydziła się swojego ciała. A nie ma się przecież czego wstydzić. Nie ona pierwsza ma mały biust,  nie ona pierwsza ma wystające kręgi, nie ona pierwsza ma bliznę po poparzeniu na plecach. 


[Dobra, w końcu mi się udało coś wykrzesać z siebie. Ale z czasem to ulepszę zapewne, chyba że zapomnę. 
Na co dzień bywam, owszem bywam, nie znacie dnia i godziny. Ale może się zdarzyć, że dwa dni nic wam nie napiszę. 
Do wątków zapraszam, mam nadzieje, że ktoś zechce pospędzać trochę czasu z moją Pią.
Potrzebni współlokatorzy. Dodam ich w odpowiedniej zakładce, ale jakby ktoś z obecnych chciał ze mną pomieszkać, to zmienię plany. 
W tytule W.Allen
Elo!]

I will be your savior

When no one will save you
Be a shining light
Going nice
Make you burn all up inside

Budzik zadzwonił o siódmej trzydzieści, a pościel przyjęła kształt ośmiornicy, gdy opuściła łóżko. Na dnie kubka brakowało siedmiu milimetrów miodu i paru kropli cytryny, a mimo to wypełniła go kawą. Prawe kolano dżinsów raziło plamą wybielacza, telefon zaliczył zgon w umywalce, tuszu starczyło tylko na jedną powiekę. Między kromkami jasnego i razowego chleba zmieściły się dwa plasterki żółtego sera i parę rzodkiewek. Obrus z dziesiątek niedokończonych wierszy ściśniętych agrafkami przesiąkł sokiem z malin, a ściany zapełniały rysunki z obcych krain. Klucze wylądowały pod wycieraczką, zasmarkana chusteczka na jej powierzchni. Zawartość torebki rozsypała się między siódmym a ósmym stopniem klatki schodowej, taksówka odjechała zanim zdążyła otworzyć usta. Francuskie przekleństwo przecięło powietrze przy drugiej sekundzie biegu. W szaleńczej drodze popchnęła dwie kobiety, jedno dziecię, a pierwszy urwany oddech nabrała dopiero przy czerwonym świetle. Gdy zalśniło szmaragdem, jej stopy były drugą parą w ferworze ulicy. Trzy i pół momentu przed zetknięciem się blaszanej bestii ze skórą mężczyzny impuls przejął umysł, a ciało poruszyło ciało. Koła starły kości w proch, karoseria przeorała skórę, metal przebił wnętrzności. Ciemność.


Tove Stenberg. Dziewiętnaście lat, kawalerka na pierwszym piętrze, stoisko z naleśnikami w centrum handlowym. Sześć miesięcy temu wyszła ze szpitala z blaszaną lewą łydką, paroma ohydnymi bliznami i cudzą nerką, okrzyknięta przez prasę drugą Matką Teresą ratującą ludzi spod kół samochodów kosztem własnego życia. Ku cichej uciesze niemal zapomniana.


zdjęcie stąd
cytat stąd

Prawda rzadko jest czysta i nigdy prosta.

L i l j a  D i r c k s e n s 
 23 ▫ kelnerka w restauracji Tight  

         Dawniej dziewczynka z głową pełną marzeń i wielkich planów na przyszłość. Zapalona tancerka w różowym trykocie i porządnych baletkach. Obecnie młoda kobieta, która głupio uwierzyła, jakoby życie mogło kończyć się na podawaniu zamówień bogatym turystom, na zmywaniu po nich ohydnie brudnych stolików upaćkanych resztkami jedzenia i na wstawaniu o szóstej rano, po to by kłaść się z powrotem o drugiej w nocy, bo - jak sama twierdzi - musi brać kolejne nadgodziny, aby opłacić czynsz za mieszkanie. To zwykła próba udowodnienia sobie i innym, że nadal jest warta czegoś więcej, niż opłakiwania zmarnowanej przyszłości na deskach nowojorskiego teatru w najnowszej odsłonie Ognistego Ptaka Igora Strawińskiego, czegoś więcej, niż użalania się nad zaprzepaszczoną szansą obiecującej kariery primabaleriny w Wielkim Świecie. Na studia nie poszła. Rodzice szczęśliwie przestali się do niej odzywać, kiedy oznajmiła, że po wypadku musi zastanowić się nad innym celem w życiu; trzy lata temu spakowali rzeczy i wyjechali na stałe do Hiszpanii. Tylko czasami wysyłają kartki z pozdrowieniami, ale Lilja ich nie czyta. Wszystkie lądują w pudełku po butach. 
     Jak na kogoś, kto tymczasowo utknął w martwym punkcie poszukiwań egzystencjalnego sensu i prowadzi czysto-samotnicze życie w zaciszu czterech ścian, Lilja ma w sobie mnóstwo pogody ducha. Życzliwie uśmiechnie się do każdego i nie odmówi mu pomocnej ręki. Mieszka z dwoma kotami, powtarzając im uparcie, że nie potrzebuje faceta, skoro umie sama wymienić spaloną żarówkę i naprawić cieknący kran. Nikomu jednak jeszcze się nie przyznała, iż była bezpośrednią przyczyną kilkudniowej awarii prądu w kamienicy. Bo Lija w rzeczywistości więcej szkód wyrządza, niż im zapobiega. Jedyne, co jej naprawdę wychodzi, to hodowla roślin, gdzie każda - bez wyjątku - posiada swoje imię. Czas wolny przeważnie spędza ze szkicownikiem w dłoni i kubkiem gorącej herbaty, robiąc kilkuminutowe przerwy na masaż kolana. Wie, że obciążanie nogi intensywną pracą fizyczną nie przyniesie niczego dobrego w przyszłości, ale na razie - sobie i lekarzom - wmawia, że nic poważnego się nie dzieje, i że na razie wystarczą tylko dobre tabletki przeciwbólowe. 
      Jeśli tylko może, stara się nie myśleć o tańcu, stara się nie myśleć o wypadku, stara się nie myśleć o jego sprawcy*, stara się nie myśleć o tym, co byłoby gdyby... Stara się wybaczyć... Po prostu.
   
 powiązania. 
 ______________________________________________________
Karta poniekąd wymuszona, ale mam nadzieje, że znajdzie się chęć na wątek z Lilją, której historia jest znacznie bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać po przeczytaniu "tego" powyżej.
Sprawca* - do oddania. 
Hejo <3

Think a little harder when you're feeling all alone

Selma Vestergaard
01.01.1991

Miała być wielka kariera pianistki, była za to wielka miłość, szybki ślub i jeszcze szybszy rozwód za pieniądze pożyczone od matki. Wielka kariera zaprzepaszczona została na rzecz wielkiej kariery męża malarza.
Nie pozostało nic oprócz niespełnionych marzeń i nadmiaru instynktu macierzyńskiego po poronionej ciąży.
Grywa w Kopenhaskiej filharmonii, płacze w białe poduszki i pali za dużo papierosów. 
Kiedyś była muzą a dziś jest już tylko cieniem człowieka. Humorzasta jak mało kto, wpada ze skrajności w skrajność. Zapomniała już o tym jak bardzo towarzyska była jeszcze te trzy lata temu. Zgubiła samą siebie, każdego dnia coraz bardziej pogrążając się w smutku. Czasem krzyczy z bezsilności, rozliczając się dokładnie z tego co straciła. 


___________________________________________
No jak zobaczyłam Kopenhagę to nie mogłam się powstrzymać.
Mam nadzieję, że starczy czasu.

TIME IS MONEY, MONEY IS POWER, POWER IS PIZZA AND PIZZA IS KNOWLEDGE
SVEN ØRSTED
LAT 27, FIZJOTERAPEUTA
WŁAŚCICIEL CAŁKIEM PRZYTULNEGO MIESZKANIA I BARDZO PRZYTULNEGO KOTA

Sven ma dwadzieścia siedem lat, prawie dobrze płatną pracę, prawie ładnie mieszkanie, prawie wytresowanego kota, który ma wytresowanego właściciela, prawie poukładane życie, a yin i yang jego azylu stanowi krzywa lampa stojąca na środku pokoju, bo w innych miejscach upada, roztrzaskując kolejne żarówki. Wygląda, jakby sam kot się nią zajął, ale przypomina trochę te wszystkie pierdoły, które Sven boi się wyrzucić – sentyment ma nawet do poobijanego, przeciekającego kubka, ale nie wie, co z nim zrobić, kiedy przychodzi do sprzątania. I upycha go w tym bałaganie, bo czemu nie, potem jest kolejnym zmartwieniem, kiedy przyjeżdża matka i krytykuje wszystko po kolei tuż po tym, jak zawartość szafki w kuchni wypada na nią jak lawina. Podobnie rzecz ma się z ludźmi, bo niby wychodzi na chama, kiedy ma miło skomentować czyjąś sukienkę, ale działają na niego smutne miny i przeciąganie „e” w jego imieniu. Nie podzieli się kanapką, ale kanapą już tak i wyprzedzi pytanie odpowiedzią „tak, możesz”.
Wiecznie bez cukru, z pożyczoną solą, chociaż to przynosi podobno gorszego pecha niż przejście pod drabiną, ale kiedy jest głodny, to przestaje być przesądny. Nie pamięta, co mówi pijany, a co dopiero trzeźwy, nie spóźnia się jedynie do pracy, bo czynsz wisi nad nim jak chmura gradowa. Gdyby nie był mugolem, wierzyłby w istnienie nargli, tak jak teraz wierzy w potwora z szafy, ale sam nie musi się martwić, bo ma tam tyle niepotrzebnych rzeczy, że nawet by się biedak nie zmieścił. Straszy gości kotem, który potem łasi się do nich jak ostatni zdrajca, pewnie dlatego reaguje tylko na imię Brutus...

~
dzień dobry
„[..] Później przekonujemy się, że gdziekolwiek naciera ludzka nikczemność, tam natychmiast pojawia się ludzka pomoc. Najczęściej ów zamysł pospieszenia z pomocą jest bardziej nieudolny niż nikczemność, bardziej tchórzliwy i niezdecydowany. Trudniej jest zorganizować energię pomocy. Ale zjawia się, nieproszona, niekiedy bardzo zawstydzona, i naraz zmuszony jesteś dostrzec, że w obliczu nikczemności budzi się w człowieku gotowość pospieszenia z pomocą. Czasami za późno. Czasami niedoskonale. Jednak w końcu tryumfalnie. Przekonałem się o tym.”
Sándor Márai


ELSA  SØRENSEN
25; pielęgniarka na oddziale dziecięcym

Na początku nie miała nic; nikt nie był w stanie zagwarantować jej domu pełnego miłości, nie mogła dostać ciepła, które miały inne dzieci. Zamiast pluszowych misiów dostawała kolejne razy, zamiast zajadać się cukierkami, musiała wdychać dym nikotynowy i opary alkoholu. Zamiast cieszyć się słonecznymi dniami, siedziała zamknięta w szafie, żeby nie przeszkadzać. Nie mogła się uśmiechać, a każde wypowiedziane zbyt głośno słowo było powodem do ukarania. Nie pamiętała dnia bez bólu, bez upokorzenia i chłodu panującego w niewielkim mieszkanku. Pamiętała bełkot ojca, chłodne spojrzenie matki i kolejne wymierzane policzki, tylko po to, aby wiedziała, aby miała świadomość, że jest nic nieznaczącym robakiem, zbędnym balastem, kolejną buzią do wyżywienia. 
Liczyła dni i liczyła noce, wiedząc, że z każdą upływającą dobą, jej szanse na ratunek maleją. Nie miała możliwości ucieczki, a każda jej próba kończyła się kolejnymi śladami po skórzanym pasie, kolejnymi siniakami i przekleństwami, na które nie zasługiwała. Przełom nastąpił wtedy, kiedy całkowicie straciła nadzieję, na kilka dni przed jej siódmymi urodzinami obcy ludzie zabrali ją z piekła. Nawet się nie odwróciła, nie spojrzała po raz ostatni w oczy matce, która jako jedyna z obecnych w mieszkaniu wstała z kanapy i krzyczała. Znowu krzyczała na nią, chociaż nic nie zrobiła. Elsa zabrała ze sobą tylko szmacianą lalkę. Nie miała innych rzeczy, nie miała zabawek, nie miała ładnych ubranek dla dziewczynek, nie miała oszczędności w skarbonce. Nie miała nic oprócz szmacianej lalki.
Swoich prawdziwych rodziców poznała zaraz po tym, jak ukończyła siódmy rok życia. Miła, nieco pulchna kobieta z ciepłym uśmiechem i wysoki, tyczkowaty mężczyzna w zbyt luźnej koszuli. Obiecywali, że po nią wrócą, jeśli tylko będzie tego chciała. Nie mogła nie chcieć. Dzięki nim miała wszystko, miała dom pełen miłości i ciepła. Miała syte posiłki, szkolne podręczniki i czyste ubrania. Miała pokój pełen zabawek i mogła spotykać się z rówieśnikami. 
Nie miała widoków na przyszłość; teraz ma dobre wspomnienia, ma wykształcenie, ma wymarzoną pracę, w której może pomagać, ma dobre serce i ciepły uśmiech ─ zupełnie jak matka. Ma własne mieszkanie i od kilku lat stawia samodzielne kroki w dorosłym życiu, będąc ciągle wspieraną przez dwie osoby, które dały jej nadzieję na lepsze życie, które pomagały realizować marzenia, które nauczyły, jak nie bać się ludzi. 
powiązania
Wizerunek: Imogen Poots

Ciało jest czarne

Ciało śmierdzi
Ja nie jestem malarzem
Umiem tylko kopnąć w brzuch

Na ulicy gonią psy
Hycle
Obdzierają mnie ze skóry
Zeno Steinmetz, 27
Niemiec, diler

Jest psem niszczycielem. Pogryzie kości. Wydrapie oczy. I warczy. I piana toczy się z ust. A oczy szeroko otwarte i grzbiet najeżony. Pazury ostre, nieprzypiłowane. Wścieklizna jak permanentny kaszel. Przekleństwo za przekleństwem w niebezpiecznej mantrze wymawianej półszeptem. W głowie furia wpada w paranoję i męczy, rośnie, wybucha. Jak granat bez zawleczki, rozrywa cudze ciała, samemu również gubiąc organy w każdej bramie. Niespokojnie czatując pod całodobowymi sklepami, wypełnia wnętrza papierosowym dymem i brudzi czyjeś wycieraczki bosymi stopami. Wygwizduje melodie nazistowskich marszów niemieckich, zdziera skórę z knykci wbijając je w napotkane mury, drzwi, kręgosłupy. Wartkie prądy nienawiści, kabel wokół szyi i trzy kreski, migające światła, cholerna bezsenność. Wiecznie nieposkromiony apetyt na podbite oczy i krwawiące wargi wzrasta wraz z pragnieniem kolejnego litra wódki. Szczytuje w ciasności, upaja w ciemności, ginie w złości. Celuje w słabych, silnych i pośrednich, wysysa życie z kolan jak posokę, pragnąc smakować szpiku do szpiku kości. Rozrasta się jak trąd, pozostawia stygmaty w kształcie swastyk i pierze własne brudy w publicznych toaletach. Sto siedemdziesiąt siedem centymetrów wybujałego ego, szkodliwej substancji, cyjanku w jednym trzydzieści sześć i sześć. Rzetelnie pieszczone wnętrzności kubkami mocnej kawy, chorujące na wieczną potrzebę wypluwania wątroby i żółci. Doświadczony w niebyciu, nieistnieniu, zapomnieniu, harmidrze i szale. Rzuca się w wir złośliwości; bycie hieną ma wpisane w życiorys zaraz obok stałego już braku zatrudnienia. Rycerz w zardzewiałej zbroi, wąchający benzynę, pięknie przebrzydły i przeterminowany. Poleganie na tym, co nieograniczone, na wolności naciągniętej jak struny gitary, na wieczornym, porannym, dziennym papierosie. Ochoczo stawia kroki w kierunku samozniszczenia z powodu przedawkowania gniewu. Agresję wynajduję pod każdym śmietnikiem i pielęgnuje ją połączeniem taniego piwa i pogoni za serową pizzą o trzeciej w nocy na obrzeżach miasta. Mieszka w kokonie, gdzie jest królową matką, a rój dziko goni za jego paskudnie niewinnym uśmiechem.
Wojaczek w tytule.
Zeno zły i gryzie.

sobota, 23 sierpnia 2014

I got sinning on my mind


kai jonasen

6.01.1988, Kopenhaga - tatuażysta z pobitym okiem

Nisko, niemal na samym dnie, niechętnie otwiera oczy. Trzydzieści sekund przed lustrem dawniej stanowiące swoistą formę rytuału, dziś jest już tylko tępym wpatrywaniem się w zmizerniałe odbicie. Ostatnim razem wiązał krawat w (nie do końca) podobnych warunkach siedemdziesiąt trzy dni temu. Siedemdziesiąt dwa, licząc dzień rozprawy. Wtedy zakrywał białą koszulą błędy i słuszne decyzje z nastoletnich lat, golił się co drugi wieczór, posiadał uznanie rodziny i nieduże czarne pudełeczko ukryte w szufladzie ze skarpetkami. Do obrazu perfekcyjnego prawnika brakuje tylko skórzanej aktówki. Gdy mijało jego trzydzieści sekund, zbiegał schodami do wyjścia, czując za sobą zapach świeżo zmielonej kawy, którą ona przygotowywała mu na drogę każdego poranka od ostatnich dwóch lat. Zmieszany z drogimi perfumami.
Nisko, niemal na samym dnie hierarchii, z młodzieńczą pasją w oczach wciąga gumowe rękawiczki na poranione palce. Działa profesjonalnie pomimo nieprofesjonalności miejsca pracy i maluje wzory na ciałach za sumy równie błahe jak wtedy, gdy czynsz płacił się sam, a kolacja zawsze czekała na stole. Nie otrzymuje uśmiechów w ramach podziękowania, nie dodaje kolejnego wina do kolekcji, nie chowa w dolnej szufladzie biurka dwudziestego siódmego pióra. Nie zostało z nich ani jedno.
Nisko, ciężko stąpając po brudnej powierzchni dna, desperacko wyciera wierzchem dłoni krew z łuku brwiowego, za wszelką cenę nie pozwalając jej dostać się do oka. Próbuje przekonać samego siebie, że kolana i kostki bolą bardziej niż kolejny cios w brzuch i choćby dotknięcie opuchniętej twarzy, a dzwonienie w uszach zaraz minie. Dzisiaj przegrywa. Dziś on i każdy, kto na niego postawił, wychodzi z tego miejsca z niczym, ale gdy rany zabliźnią się, kiedy stanie w tym miejscu kolejny raz, to jego nadgarstek sędzia pociągnie w górę. Musi.

Rødgrød med fløde, kælling.
Nie umiem się nigdzie zaaklimatyzować, ale lubię duński. Mało wątków, bo i czasu niewiele.
ODDAM PANIĄ

Av skadan blir man vis.




Ragnar Felix Engström, ale i tak mówią mu Sven, w zasadzie nie wiadomo, dlaczego.

dwadzieścia siedem wiosen... w sumie, on z północy, więc bardziej zim | Göteborg, Szwecja | jedynak | anglistka i germanista, fajne połączenie jak na Szwedów | po filologii szwedzkiej, śmiesznie w sumie | Sztokholm-Rejkiawik-Kopenhaga | mieszka u duńskiego kolegi | i z resztą północnych znajomych | pracuje w biurze tłumaczeń | dorabia w spożywczaku, bo ma blisko | wielojęzyczny szwedzki świr | szwedzki, angielski, niemiecki zna, islandzki ogarnia, francuski, rosyjski, litewski wziął na warsztat niestabilny w związkach, więc ich unika | ogólnie to trochę też nieśmiały w tej kwestii, ale ćś! | nałogowy palacz, choć jest w stanie walnąć przemowę na temat szkodliwości tytoniu | ogłupiające seriale zawsze spoko | jak nikt nie patrzy, bawi się z kotkami | mocna kawa, dużo czekolady | często  tylko udaje, że słucha | ciężka muzyka, dziwne książki, gry komputerowe | horrory na ekranie komputera, na kartkach książek, byle nie w telewizji | ogólnie to on trochę nieporadny, wybaczcie mu



cześć.
karta zła, poprawię. 
kiedyś. 
już była, ale w trochę innej wersji
lubię wątki, słabo myślę.
niestety nie znam tego pana.
szwedzkie przysłowie, taki odpowiednik "mądry Polak po szkodzie"
w powiązaniach ludzie to przejęcia:
46347389





czwartek, 21 sierpnia 2014

Chciałabym ci coś takiego zrobić,

żebyś nie mógł beze mnie żyć, 
żebyś nie mógł o mnie zapomnieć.






Johanne  HANNE  Thorsen, 19
początki studiów fotograficznych naprzemienne, w miarę możliwości, z pracą w kwiaciarni, kawiarni lub gdziekolwiek indziej











Swoje niezrównoważenie psychiczne śmiało mógłby wytłumaczyć skazą na własnym genotypie, a sprawczynią tejże byłby nikt inny, a właśnie matka-furiatka ze zdecydowanie zbyt dominującymi, choć recesywnymi allelami. Gdyby miał przedstawić wyraziście własny fenotyp, to równie dobrze mógłby ukazać wszystkie cechy dziedziczne u swojej matki-furiatki, bo odziedziczyłby po niej niemalże wszystko. Miałby dokładnie taki sam prosty nos, blond włosy, długie rzęsy, szare oczy. Łączyłoby go z nią nieskończenie wiele cech, które wchłonąłby poprzez przebywanie z nią w jednym mieszkaniu, pomieszczeniu przez przynajmniej kilkanaście lat. Oboje piliby mleko wprost z kartonu i ignorowaliby czynność tak prozaiczną, jak zamykanie za sobą szafek w kuchni, w łazience, w garderobie. Byliby dwuosobową rodziną, dwójką furiatów, która patrzyłaby krzywo na świat ze swojej niskiej perspektywy. Czułby się uszczęśliwiony, mając kogoś, do kogo mógłby być tak podobny, kto wiedziałby doskonale już przy pierwszym spotkaniu, że jego chromosomy płci to dumne XY, a nie XX.
Nie może jednak wytłumaczyć, poza jego zasięgiem jest zrzucenie jego budowy i wyglądu na matkę-furiatkę, bo tej zwyczajnie w jego życiu nie było już od początku. Nie ma na tym świecie osoby, która nie miałaby wątpliwości co do tego, jakie narządy rozrodcze posiada, bo pani u której pracuje wciąż przygląda mu się podejrzliwie. Dwuosobową rodzinę stworzył z wielkim psem, który potrzebuje zbyt dużo karmy i na spacerze z nim wygląda wręcz groteskowo. Sam musi dbać o to, żeby wypić mleko z kartonu i zapomnieć o zamknięciu szafki odkąd po opuszczeniu sierocińca żyje na własny rachunek. 

Nie drażnij misia

KRISTER BERG
28 ─ WŁAŚCICIEL ANTYKWARIATU KORNKAMMER ─ WUJKOOJCIEC

Gryzł, gryzie i gryźć będzie ─ w ten sposób odpowiada każdej osobie, która zadaje pytania o to, dlaczego jest taki niemiły. Dlaczego ciągle warczy i burczy pod nosem, dlaczego nie uśmiecha się do klientów i dlaczego szczerzy zęby, kiedy jego przybytek odwiedzają marudzące babcie. Gryzł od małego, rzucał się na rówieśników, kiedy tylko nauczył się chodzić, a gdy zdążył podrosnąć, nie straszni byli mu koledzy starszego brata. Rzucał się z pięściami i zębami na każdego, a tylko przy jednej osobie potrafił zmienić się w potulnego baranka ─ przy ojcu, który nie bał się sięgnąć po skórzany pas lub trzepaczkę do dywanów. Przed obliczem ojca Krister był synem idealnym. Gryzie nadal, kiedy tylko ktoś próbuje się do niego zbliżyć, a nie jest z kręgu osób, które toleruje. Odpycha nie tylko swoją aparycją zarośniętego dziada, ale też krótkimi wypowiedziami, a czasami nawet brakiem odpowiedzi. Skrywa w sobie człowieka wrażliwego, który nie potrafi przypomnieć sobie szczęśliwych momentów z dzieciństwa. Pamięta chwile psot i dokuczania, ale w pamięci ma coraz mniej chwil, którym towarzyszył jego śmiech. Gryzie bardzo, kiedy ktoś zarzuca niechybne czyny bratankowi i bratanicy; gryzie, kiedy dzieciaki są nieposłuszne i nie ma już pomysłów na to, jak je poskromić. Będzie gryzł, bo bardzo się stara być najlepszym wujkoojcem na świecie. Będzie gryzł, bo kiedy podejmował się opieki nad sierotami, poprzysiągł Bogu i wszystkim innym istotom, które nad nim czuwają, że ochroni Mikaela i Alvę, że zadba o ich bezpieczeństwo i dobrą przyszłość. Będzie gryzł, bo nie potrzebuje ludzi, którzy lubią się nad nim litować.
Może przestanie gryź, kiedy ktoś mu na to pozwoli.

INNI


Dzieciaki na wychowaniu ma od ponad roku. Właśnie kupił nowe mieszkanie. Jest kucharką, niańką, sprzątaczką, słuchaczem, rozmówcą, koniem na biegunach, wujkiem od "weź-mnie-na-barana", matką, ojcem, starszym bratem, najlepszą przyjaciółką i antykwariuszem, który pali jak smok, ale tylko po kryjomu. Spotkać go można w antykwariacie Kornkammer, w parkach, sklepach, na placach zabaw, pieszych wycieczkach. Nie jest taki zły, jest dobry, ale drażliwy.

Bang bang.

Bang bang.
Ain't no sunshine.
Kill me baby here.

    Sąsiadki patrzą na nią krzywo. Femme fatale! Rok temu pochowała męża, ale zapomniała pochowac z nim wspomnień. Kiedy zapomina o tym, że nie wierzy w Boga modli się, by przypilnował Arthura aby ten nie pił za dużo kawy. Ręce mu się przecież od tego trzęsły i nie mógł malowac. Jako córka muzyka jazzowego miała wtykę do artystycznego świata. Do artystycznych przyjęc, artystycznych prochów, artystycznych wymiocin i artystycznych pomyłek. Swojego małżeństwa nie zdążyła uznac za pomyłkę, bo trwało stanowczo zbyt krótko i nie zdążyli się z Arthurem wzajemnie pozabijac. Potłukli tylko kilka talerzy.
Płakała za nim dużo, teraz jedynie łka z nudów i samotności, tarmosząc Helgę, która już dawno temu przestała byc młodym kotem. Znienawidzona przez sąsiadki ( które kochały jej czterdziestoletniego męża) bo podobno otruła ukochanego. 
Ma brata, który ma trzydzieści osiem lat, sam siebie nazywa "pieprzonym pedałem" i sprowadza jej do domu swych kochanków, kiedy gości w Kopenhadze. Mi woli nawet nie wiedziec, czym zajmuje się ten pederasta (prócz jęczenia jej za ścianą), ale lubi jego masaż stóp i wina, które jej kupuje. Szczególnie jednak lubi wkurzac jego kochanków, kiedy to rano udaje jego dziewczynę, psując ochotę na szybki numerek w kuchni. 
Ma też sąsiada, który mieszka z nią okno w okno. Każdego wieczoru czeka, aż ten zapali światło w swojej sypialni i rozbiera się do kąpieli, czując na sobie jego wzrok. Mały rytuał, który daje jej pewnośc siebie, bo gdyby nie było na co patrzec, nigdy by nie spojrzał. Czuje się wtedy kobietą pustą, bo zwraca uwagę na swą zewnętrzną powłokę (jakkolwiek górnolotnie to brzmi), ale tłumaczy sobie, że skoro pisze, to jej wolno. Przecież artyści nie są puści, prawda? 
Nie ma siebie. 



Mimir Carlsen 
Pracuje w domu, pisze do czasopisma Gaffa i stara się doprowadzic do końca drugą książkę. 
27 lat
Kotka Helga i zepsuty ekspres do kawy.
Tanie papierosy z przyzwyczajenia, drogie buty bo wreszcie może takie miec. Maszyna do pisania, tak retro i MacBook obok. Firanki w oknach, kwiaty na balkonie a w doniczkach pety. 

[Brak polskiego "ci", ale tego z kreską. Poprawię kiedyś ]


środa, 20 sierpnia 2014

WE FADE TO GREY

ALEXANDRE CHRISTOFFERSEN
studiuje sztuki wizualne na Królewskiej Duńskiej Akademii Sztuk Pięknych
dwudziestodwulatek


Jedyny w swoim rodzaju. W swoim życiu słyszał to stwierdzenie miliony razy. Padały zazwyczaj z ust zachwyconych przyjaciółek jego matki, kiedy to jako dziecko zwykł biegać za kulisami teatru, w którym wszystkie pracowały.
Początkowo lubił spędzać całe dnie z matką, biegając po ogromnej scenie, przymierzając rozmaite kostiumy i wysłuchując komplementów wszystkich wokół. Jakież to dziecko jest niezwykle grzeczne. Ileż ma w sobie uroku! Kilka lat później nie miał już niestety czterech lat i przebywanie w miejskim teatrze było dla niego najsurowszą karą. Niegdyś wszystkie te kobiece piski na jego widok, szczypanie po policzkach i ciągle przytulanie go bardzo mu odpowiadało - teraz było prawdziwą udręką. Matka pozostawała jednak nieugięta, tłumacząc mu, że nie może zostać sam w domu. Kłócili się o to bez przerwy. Do czasu, kiedy któraś z piszczących blondynek odważyła się powiedzieć coś niewybaczalnego. Ten twój chłopak będzie łamał damskie serca! Wygląda zupełnie jak ojciec! To był ostatni raz, kiedy Alex postawił nogę w tym miejscu.

Życie z Hubertem też nie było łatwe - zwykła mawiać jego matka przy okazji każdej kłótni. Nigdy nie pojął, dlaczego to robi. Chce wzbudzić w nim poczucie winy? Przecież to nie przez niego odszedł od nich ojciec. Jego nie było jeszcze wtedy na świecie. Może to i lepiej - nigdy nie musiał oglądać tej jego kłamliwej, pewnej siebie mordy.
Piszcząca blondynka miała rację. Wyglądał jak ojciec, co bynajmniej mu nie przeszkadzało. Oprócz całkiem pokaźnych sum, które lądowały na jego koncie co miesiąc, Hubertowi Charette zawdzięczał ciemną, bujną czuprynę, brązowe oczy i nieprzeciętny wzrost. Z racji tego, iż pan Charette zaliczał się do grona Francuzów, matka zadbała o to, by perfekcyjnie opanował rodzimy język ojca, nadała mu także francuskie imię. Zdecydowanie za bardzo go kochała.
Po Hubercie, artyście na pełnym etacie, odziedziczył także zamiłowanie do sztuki w każdym tego słowa znaczeniu. Potrafił nieźle pisać, często malował, od święta grał na gitarze lub pianinie. Najbardziej lubił jednak rzeźbić. Uważał za fascynujące to, że może tak po prostu tchnąć duszę w zwykły kawałek drewna.

Po ojcu odziedziczył także spory pakiet wad. A może to nie wina ojca, tylko otoczenia, w którym dorastał? Był zapewne jedynym dzieckiem, z jakim miały do czynienia młodziutkie aktorki i tancerki, toteż nic dziwnego w tym, że zawsze uważał się za pępek wszechświata. Uwierzył w to, jaki to on nie jest uroczy i grzeczny. Uwierzył, że jest jedyny w swoim rodzaju, choć osobiście nienawidził tego stwierdzenia.
Narcyz-artysta, który widzi niewiele poza czubkiem własnego nosa. Ostatecznie jednak da się z nim żyć. Potrafi być bardzo miły, jeśli naprawdę się postara. I jeśli ktoś się nim zainteresuje.
Docenia piękno. Piękno natury, sztuki, muzyki, wyglądu zewnętrznego, ale i duszy. W głębi serca to dobry chłopak, trzeba tylko poświęcić mu trochę czasu, którego matce, wiecznie zawalonej robotą aktorce, zawsze brakowało.
Nienawidzi szarości. Nienawidzi, kiedy ludzie przystosowują się bezmyślnie do jakiegoś kanonu, nie mając nic do zaoferowania.



mile widziane powiązania.
w: Xavier Dolan