Andreas
Mads Kastner
dwadzieścia pięć lat, ponoć
wykształcony,
bezrobotny,
zagubiony, waleczny.
Chwyta
każdej możliwej roboty,
skończył
z wszelkimi granicami.
Nieznany pan na zdj
W tytule J.W. Goethe
Faworyzuję czasami.


TIME IS MONEY, MONEY IS POWER, POWER IS PIZZA AND PIZZA IS KNOWLEDGE
„[..] Później przekonujemy się, że gdziekolwiek naciera ludzka nikczemność, tam natychmiast pojawia się ludzka pomoc. Najczęściej ów zamysł pospieszenia z pomocą jest bardziej nieudolny niż nikczemność, bardziej tchórzliwy i niezdecydowany. Trudniej jest zorganizować energię pomocy. Ale zjawia się, nieproszona, niekiedy bardzo zawstydzona, i naraz zmuszony jesteś dostrzec, że w obliczu nikczemności budzi się w człowieku gotowość pospieszenia z pomocą. Czasami za późno. Czasami niedoskonale. Jednak w końcu tryumfalnie. Przekonałem się o tym.”
Sándor Márai
Na początku nie miała nic; nikt nie był w stanie zagwarantować jej domu pełnego miłości, nie mogła dostać ciepła, które miały inne dzieci. Zamiast pluszowych misiów dostawała kolejne razy, zamiast zajadać się cukierkami, musiała wdychać dym nikotynowy i opary alkoholu. Zamiast cieszyć się słonecznymi dniami, siedziała zamknięta w szafie, żeby nie przeszkadzać. Nie mogła się uśmiechać, a każde wypowiedziane zbyt głośno słowo było powodem do ukarania. Nie pamiętała dnia bez bólu, bez upokorzenia i chłodu panującego w niewielkim mieszkanku. Pamiętała bełkot ojca, chłodne spojrzenie matki i kolejne wymierzane policzki, tylko po to, aby wiedziała, aby miała świadomość, że jest nic nieznaczącym robakiem, zbędnym balastem, kolejną buzią do wyżywienia.Liczyła dni i liczyła noce, wiedząc, że z każdą upływającą dobą, jej szanse na ratunek maleją. Nie miała możliwości ucieczki, a każda jej próba kończyła się kolejnymi śladami po skórzanym pasie, kolejnymi siniakami i przekleństwami, na które nie zasługiwała. Przełom nastąpił wtedy, kiedy całkowicie straciła nadzieję, na kilka dni przed jej siódmymi urodzinami obcy ludzie zabrali ją z piekła. Nawet się nie odwróciła, nie spojrzała po raz ostatni w oczy matce, która jako jedyna z obecnych w mieszkaniu wstała z kanapy i krzyczała. Znowu krzyczała na nią, chociaż nic nie zrobiła. Elsa zabrała ze sobą tylko szmacianą lalkę. Nie miała innych rzeczy, nie miała zabawek, nie miała ładnych ubranek dla dziewczynek, nie miała oszczędności w skarbonce. Nie miała nic oprócz szmacianej lalki.Swoich prawdziwych rodziców poznała zaraz po tym, jak ukończyła siódmy rok życia. Miła, nieco pulchna kobieta z ciepłym uśmiechem i wysoki, tyczkowaty mężczyzna w zbyt luźnej koszuli. Obiecywali, że po nią wrócą, jeśli tylko będzie tego chciała. Nie mogła nie chcieć. Dzięki nim miała wszystko, miała dom pełen miłości i ciepła. Miała syte posiłki, szkolne podręczniki i czyste ubrania. Miała pokój pełen zabawek i mogła spotykać się z rówieśnikami.Nie miała widoków na przyszłość; teraz ma dobre wspomnienia, ma wykształcenie, ma wymarzoną pracę, w której może pomagać, ma dobre serce i ciepły uśmiech ─ zupełnie jak matka. Ma własne mieszkanie i od kilku lat stawia samodzielne kroki w dorosłym życiu, będąc ciągle wspieraną przez dwie osoby, które dały jej nadzieję na lepsze życie, które pomagały realizować marzenia, które nauczyły, jak nie bać się ludzi.
Dzieciaki na wychowaniu ma od ponad roku. Właśnie kupił nowe mieszkanie. Jest kucharką, niańką, sprzątaczką, słuchaczem, rozmówcą, koniem na biegunach, wujkiem od "weź-mnie-na-barana", matką, ojcem, starszym bratem, najlepszą przyjaciółką i antykwariuszem, który pali jak smok, ale tylko po kryjomu. Spotkać go można w antykwariacie Kornkammer, w parkach, sklepach, na placach zabaw, pieszych wycieczkach. Nie jest taki zły, jest dobry, ale drażliwy.